Kryminał metafizyczny z Częstochową w tle
Blog > Komentarze do wpisu
Odcinek czterdziesty. Marsz zombie.
Mariusz kilkakrotnie poruszył klamką, zanim zdecydował się ją nacisnąć i wyjść. Wypił mnóstwo piwa, lecz nie czuł działania alkoholu, dokładnie tak, jak tego pragnął, gdy zaczynał spotkanie z Tomaszem Frymarczykiem. Zjechał windą na dół i wyszedł na świeże powietrze. Zmierzchało, więc zorientował się, że spędził z policjantem kilka godzin. Nie potrafił zdecydować, co ma robić, dokąd iść, jak się zachować. Czekał, aż ktoś podsunie mu rozwiązanie. Najchętniej uciekłby jak najdalej, gdzieś, gdzie nikt nie żądałby do niego podejmowania decyzji. Szedł wprawdzie przed siebie, stawiał nogę za nogą, ale nie wiedział, dlaczego to robi, ani dokąd zmierza.

Bezmyślnie kopiąc grudki lodu i bryły zmarzniętego śniegu dotarł do ulicy Kościuszki. Nieliczne samochody poruszały się cicho jak poduszkowce. Tramwaje wydawały normalne, dudniące dźwięki, które jednak docierały do Mariusza zamazane i niepewne, jak gdyby z oddalenia, choć dzieliła go od torów tylko ulica. Płatki śniegu spadały na ziemię tak wolno, jakby ktoś zmuszał je do bardzo starannego wyboru miejsca lądowania. Przechodnie milczeli, wtulając twarze w kołnierze kurtek, chowając je w szaliki i stąpając z nadmierną ostrożnością, jak gdyby zamiast płytek chodnikowych mieli pod stopami kruchą warstwę lodu. Wszystko dookoła zamarło, markowało tylko życie czekając na jakąkolwiek decyzję Mariusza, na świeży przypływ jego woli stanowiącej budulec świata.

On zaś ciągle nie mógł zdecydować. Maszerował niczym zombie w stronę skrzyżowania alei Armii Krajowej z aleją Jana Pawła II. Gdy tam dotarł, nie zważając na czerwone światło chciał przeciąć aleję Jana Pawła II. Rozpędzony miejski autobus próbował zahamować, ale ważąca wiele ton masa żelastwa była już zbyt blisko, tylko cud mógł Mariusza uratować i tylko Mariusz mógł go sprawić. Spojrzał w oczy blado-zielonemu ze strachu kierowcy i wyciągnął dłoń w kierunku maski pojazdu. Autobus natychmiast odbił w prawo, przedarł się przez skwerek i zatrzymał się dopiero na budynku zakładu energetycznego, zrzucając z elewacji na ziemię kilka garści tynku. Na trawnik wysypali się poobijani pasażerowie.

- Niech nie będzie rannych - pomyślał z mocą Mariusz i zamknął na chwilę oczy. Otworzył je i przez otwarte drzwi wytoczyli się jeszcze dwaj mężczyźni i kobieta z kilkuletnią dziewczynką w czerwonym płaszczyku, zasmarkaną od spazmatycznego płaczu. Przyjrzał się dokładnie i nie dostrzegł żadnych ran. Rozległo się wycie policyjnych syren. Mariusz odwrócił się i powlókł się dalej.

Minął z daleka budynek wydziału muzycznego Akademii imienia Jana Długosza. Z otwartego mimo mrozu i śniegu okna na pierwszym piętrze rozbrzmiewały szalone, niemal atonalne pasaże wygrywane na fortepianie. Wyobraził sobie, że przy klawiaturze siedzi eteryczna blondynka w ciemnej, prawie czarnej sukni, kontrastującej z bladą bielą niewiarygodnie długich palców.

Minął budynek wydziału fizyki Akademii, przed którym stały studentki i przytupując paliły papierosy. Minął szybko ponurą z początku infrastrukturę Politechniki Częstochowskiej i dotarł do nieco żywiej ubarwionego budynku wydziału zarządzania i marketingu. Przebiegł szybko przez ulicę Dekabrystów, wcześniej czekając karnie na zielone światło. Brnął przez śnieg, który zasypał chodniki ciągnące się wzdłuż alei Armii Krajowej. Wreszcie doczłapał do Promenady, jedynego w mieście deptaka z prawdziwego zdarzenia, który powstał dla uczczenia trzydziestej rocznicy powstania Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Przemierzył ją wolnym krokiem, jakby wokół nie szalała zadymka, był środek letniej kanikuły, a on był statecznym rodzicem, który puściwszy przodem rozbrykane maluchy (kupił im wcześniej lody i zabrał na plac zabaw), kroczył z wolna w kierunku swojego domostwa z wielkiej płyty, gdzie żona - nieco już przygrubawa, ale rekompensująca nadwagę niezmąconą pogodą ducha - tłukła metodycznie i z wprawą kotlety na niedzielny obiad. Ale powód spowolnionego marszu był inny - siły potrzebne do żwawszego kroku odbierało mu coraz większe zmęczenie.

Dotarł do końca Promenady i przez dziurę w płocie dostał się do zrujnowanego amfiteatru. Stanął u szczytu trybun, patrzył na betonowe kikuty ławek, z których wandale przez lata wyrywali drewniane siedziska. Patrzył na połamane deski sceny, tam, gdzie było je widać spod śnieżnych zasp, na potrójne kulisy, a raczej trzy ściany z cegieł, upstrzone prymitywnym graffiti. Kolejne władze Częstochowy nie radziły sobie z reanimowaniem amfiteatru. Radni nigdy nie zarezerwowali pieniędzy na remont w miejskim budżecie, ani nie chciał tego miejsca zagospodarować żaden prywatny inwestor, choć urzędnicy wielokrotnie kusili bardzo korzystnymi warunkami dzierżawy. Krocząc ostrożnie wśród ostrych, zjeżonych szczątków ławek, dotarł do sceny. Wybrał najbezpieczniejsze miejsce, tam, gdzie ryzyko załamania przegniłych desek było najmniejsze i wdrapał się na podest. Rozejrzał się wokół siebie niepewnie, ale ponieważ nie chciał ludzkiego towarzystwa, przyglądało mu się tylko kilka gawronów, rozrzuconych nieregularnie po trybunach.
niedziela, 31 sierpnia 2008, glodneduchy
Komentarze
2008/09/01 12:05:59
Bardzo fajna, interesująca strona,
gratuluję:)
Zapraszam do obejrzenia mojej:)

Pozdrawiam,
Robi