Kryminał metafizyczny z Częstochową w tle
Blog > Komentarze do wpisu
Odcinek czterdziesty czwarty - Marietta.
Pokój na pierwszym piętrze pełnił funkcję salonu. Stała w nim ogromna, skórzana kanapa. Świecący brąz obicia nie wystawiał najlepszego świadectwa gustowi gospodarza. W podobnie złym stylu były mosiężne, ogromne klamki, które obdarzony osobliwą wyobraźnią rzemieślnik ukształtował na podobieństwo foczych łap. Dobrze dostosowywał się do tego gustu żyrandol, na który składały się setki odbijających światło kryształów, obramowanych złoceniami. Kryształowe naczynia wypełniały też półki szafy wyposażonej - a jakże - w złote okucia. Siadając na kanapie Mariusz usłyszał delikatne skrzypienie. Dźwięk ten wydawało obicie, więc domyślił się, że to, co na pierwszy rzut oka robiło wrażenie skóry, tak naprawdę jednak nią nie jest. Lemański przyniósł dwa „Żubry" i przelał je do kufli ze świecącymi, imitującymi złoto uchwytami. Zanurzył się obok Mariusza w skrzypiącej otchłani kanapy, upił spory łyk i westchnął głęboko.

- Niech pan się też napije - poprosił.

Mariusz spełnił życzenie i odetchnął z ulgą. Przymknął oczy i próbował zebrać myśli.

- Moja dręczycielka Alina jest także pana prześladowcą - zagaił biznesmen z nosem ukrytym w kuflu. Jego głos brzmiał, jakby dobywał się z jakiejś czeluści.

- Był tu mój prześladowca, ale on nie jest pańską Aliną - sprecyzował Mariusz. 

- A kto pana prześladuje?

Mariusz wytłumaczył mu najdokładniej, jak potrafił. Lemański pokiwał głową.

- Rozumiem - powiedział. - Ale nie pojmuję, dlaczego ta sama złowroga siła manifestuje się w dwóch różnych postaciach.

- Pan też ma już za sobą porcję dobrych rad od Frymarczyka? - domyślił się Mariusz.

- Owszem - uśmiechnął się biznesmen. - Ale proszę powiedzieć, co pan o tym sądzi.

- Myślę, że rozwiązanie jest proste. Nasz dręczyciel ma tę samą naturę, ale objawia się nam na różne sposoby, żeby jak najlepiej wstrzelić się w nasze indywidualne lęki. Gdyby moje dzikie przerażenie budziły różowe, pluszowe słonie, to właśnie taki stwór próbowałby sforsować pańską furtkę.

- Ma pan rację - pokiwał głową Lemański i chciał rozwinąć swoją myśl, ale przerwał mu młody, kobiecy głos - ten sam, który Mariusz już słyszał stojąc przy wejściu.

- Tato?

Biznesmen prychnął niecierpliwie i głos natychmiast zamilkł.

Mariusz opróżnił już połowę kufla. Zaczął się nagle zastanawiać, jaką drogę przeszedł do tej pory Lemański, jak wyglądało jego życie po śmierci. Z poprzednich rozmów pamiętał, że moc biznesmena także zaczęła się wzmagać, nie wiedział jednak, na ile się rozrosła. Zastanowiło go też, czy Lemański może go opętać i podporządkować swojej woli.

Biznesmen patrzył na niego spod oka. Mariusz domyślił się, że nie daje mu spokoju ta sama myśl. Nie miał jednak pewności, Lemański nie podlegał wszak jego zachciankom.

- Może pan, jest pan w stanie... To znaczy... - zaczął biznesmen, ale nie wiedział, jak dokończyć.

- Nie mogę sobie pana podporządkować - odparł natychmiast Mariusz, wdzięczny Lemańskiemu za odwagę. Biznesmen uśmiechnął się z ulgą.

- Ja też nie mogę panu nic nakazać.

Mariusz przyjaznym gestem stuknął kuflem w naczynie Lemańskiego i dopił resztę piwa. Biznesmen opróżnił swój kufel i poszedł po kolejnego „Żubra". Tym razem Mariusz nie nałożył na siebie ograniczeń, więc poczuł się przyjemnie pobudzony i zarazem rozluźniony wypitym alkoholem. Rozparł się wygodnie na kanapie, która zaskrzypiała rozpaczliwie. Poczuł głód. Biznesmen wrócił z napełnionymi kuflami.

- Proszę mi wybaczyć, że tak bez zbędnych wstępów - powiedział Mariusz, zanim Lemański zdążył się obok niego wygodnie usadowić. - Ale czy mógłby mnie pan poczęstować czymś do jedzenia?

Biznesmen roześmiał się głośno.

- Co pana tak rozśmieszyło? - zapytał Mariusz.

- To musi być jednak dość nieprzyjemne, takie, jakby to ujął informatyk, cofnięcie uprawnień, prawda?

- Nie rozumiem?

- Przyzwyczaił się pan do natychmiastowego spełniania życzeń. Jeśli był pan głodny, jedzenie pojawiało się natychmiast; takie potrawy, na które miał pan ochotę. Teraz, goszcząc u mnie, nie może pan korzystać ze swojej mocy, bo jej nie podlegam, ale tak pan przywykł do spełniania zachcianek, że nie może się powstrzymać, nawet, jeżeli musi się pan uciec do sposobów, do których jeszcze niedawno by się pan nie zniżył.

Mariusz trawił przez chwilę tę informację i w końcu musiał przyznać biznesmenowi rację. Podczas całego, ponad trzydziestoletniego życia przed śmiercią, będąc u kogoś z pierwszą wizytą, nigdy nie zażądał posiłku. Choć był dodatkowy element, o którym Lemański nie wiedział: złożona w duchu postanowienie o wstrzemięźliwości w korzystaniu z nadnaturalnej siły woli w jego obecności.

- Marietta! - zawołał Lemański przerywając zadumę Mariusza. - Marietta! Zrób nam kolację. To moja córka - dodał w odpowiedzi na pytające spojrzenie i uniesioną brew Mariusza. - Chyba panu o niej opowiadałem, studiuje prawo.

Mariusz skinął głową zastanawiając się, dlaczego biznesmen i jego żona wybrali dla swojej córki tak nietypowe, rzadko spotykane imię. Biorąc pod uwagę gust, wedle którego urządzono dom, znaleźli je pewnie w jakimś romansidle stylizowanym na arystokratyczną sagę, która rozgrywa się w sferach przedwojennej arystokracji, pomyślał Mariusz.
poniedziałek, 08 września 2008, glodneduchy
Komentarze
2008/09/08 23:16:48
Czytam Pana opowiadanie od kilku miesięcy, bardzo mnie zaciekawiło jak na nie trafiłam, dlatego tu zostałam i codziennie wchodzę, sprawdzając czy jest nowy odcinek.
Pozdrawiam serdecznie.