Kryminał metafizyczny z Częstochową w tle
Blog > Komentarze do wpisu
Odcinek czterdziesty drugi - potop niedogodności.
Obudziwszy się rankiem 23 grudnia zobaczył na stoliku obok łóżka talerz z jeszcze ciepłymi, chrupiącymi bułkami, masło i porcelanowe naczynie wypełnione dżemem. Przeciągnął się, ułożył wygodnie i posmarował bułkę masłem. Nałożył na nią obfitą porcję słodkiej masy. Ugryzł pierwszy kęs i zastygł w zdumieniu, nie poruszając szczękami. Dżem był brzoskwiniowy, a Mariusz nie znosił ani tych owoców, ani jakichkolwiek przetworów z nich sporządzonych. Dżem powinien być wiśniowy, za takim właśnie przepadał i taki chciał dostać na śniadanie. Zrozumiał nagle to, co starał się mu przekazać starszy posterunkowy Frymarczyk na zakończenie ich ostatniej rozmowy. Dżem był brzoskwiniowy, bo Mariusz nie lubił brzoskwiń, to zaś przekonanie (o niechęci do brzoskwiń), ta myśl i zawarta w niej emocja, były równoprawne pragnieniom jasno zdefiniowanym i niosącym pozytywny dla Mariusza efekt. Przeszedł kolejny stopień wtajemniczenia: po wstępnej, w dużej części euforycznej fazie życia po śmierci, nadeszła pośmiertna codzienność, w której równie jaskrawe i rzeczywiste było to, czego nie chciał, jak i to, czego pragnął. Okazało się, że emocjonalna energia o ładunku ujemnym ma siłę sprawczą porównywalną z energią dodatnią. Miesiąc miodowy dobiegł końca. Mariusz będzie musiał stanąć do walki z własnymi fobiami, lękami i strachami, z produkowanymi przez siebie przeszkodami na drodze do zaspokojenia. Dżem brzoskwiniowy w niczym nie ustępuje wiśniowemu.

Mariusz zamknął oczy i wyszeptał, co trzeba. Dżem zmienił smak. Jednak gdy zjadł śniadanie i obok pustego talerza pojawiły się aktualne gazety, zobaczył swojego ciemnolicego prześladowcę w „Rzeczpospolitej" na czołówkowym zdjęciu ilustrującym tekst o prezydencie George'u Bushu, który zapowiadał ostrzejszą i bardziej bezwzględną walkę z islamskimi terrorystami. Wróg Mariusza stał tuż za plecami Busha, jakby był jego ochroniarzem, albo rzecznikiem prasowym - w każdym razie kimś, kto ze względu na pełnioną funkcję ma bezpośredni dostęp do prezydenta.

Zmiął gazetę i włączył telewizor. Pilot leżał wprawdzie poza zasięgiem jego ręki, ale zapragnąwszy nacisnąć odpowiedni guzik, Mariusz pomyślał od razu o kocie. Zwierzak ochoczo wyskoczył spod fotela i kosmatą łapą wdusił właściwy przycisk. Trafił na program informacyjny, który pokazywał reakcję Arabów na oświadczenie prezydenta Busha, nagrane w krajach, gdzie islamski fundamentalizm ma wielu zwolenników. Wśród głośno krzyczących, wąsatych i śniadych mężczyzn Mariusz znów dostrzegł swojego prześladowcę, który oprócz wydawania chrapliwych wrzasków potrząsał też znacząco kałasznikowem.

Mariusz wydał bezgłośne polecenie, kot usiadł na pilocie i obraz zniknął. Mariusz nerwowo zapalił papierosa i zakrztusił się dymem. Papieros miał wyraźnie wyczuwalny smak mięty, a mentolowych przecież nie znosił. I znów musiał zmarnować chwilę na przepoczwarzenie go w zwykłego papierosa marki „Marlboro".

Następnie musiał się zmierzyć z prawdziwą plagą nieprzyjemnych sytuacji. Każda z nich z osobna nie była warta nawet odrobiny uwagi, ale ich nawał i synchronizacja spowodowały, że Mariusz nawet na chwilę nie mógł stracić koncentracji. Naprawiał rzeczywistość bez chwili wytchnienia.

Podrapał się po głowie i dostrzegł pod paznokciami łupież. Poczuł, że plecy swędzą go dokładnie w miejscu, do którego nie dostaje ani prawą, ani lewą dłonią. Kot miauknął mu tuż obok głowy, Mariusz odsunął się gwałtownie i zaklął wściekle. Zwierzak zeskoczył z regału z płytami i książkami pognał do łazienki. Zadzwonił stacjonarny telefon, ale gdy Mariusz przyłożył  słuchawkę do ucha z nieco poirytowanym „halo", odpowiedziała mu cisza. Odszedł od aparatu, który natychmiast znów się rozdzwonił i po podniesieniu słuchawki znowu milczał. Okno w łazience z hukiem się otworzyło. Do mieszkania wdarła się zadymka, a przeciąg, bo okazało się, że drzwi balkonowe też są uchylone, przeciąg pozrzucał ze stołu i stolików różne przedmioty, w tym naturalnie pozostawione po śniadaniu talerz i naczynie po dżemie. Mariusz potknął się o kota, który przestraszył się wiatru hulającego po mieszkaniu i huku spadających na podłogę rzeczy, więc postanowił wrócić z wygania i szukać pomocy u swojego właściciela.

Zbierając resztki potłuczonych naczyń skaleczył się paskudnie w palec. Pod skórą został kawałek szkła na tyle mały, że Mariusz nie potrafił go wyciągnąć, lecz jednocześnie wystarczająco duży, żeby wywoływać pulsujący ból.

Zaparzył kawy - dla uspokojenia nerwów, jakie daje krótkie posiedzenie z parującym kubkiem w dłoni i dla energii, którą daje kofeina. Zasiadł w fotelu, wziął pierwszy łyk, ale nie przełknął gorącego płynu, bo okazało się, że posłodził go zwykłym, białym cukrem, a nie trzcinowym, bez którego smak kawy był dla niego niemal nie do zniesienia. Znów zadzwonił stacjonarny telefon. Mariusz postanowił go tym razem zignorować i z zaciśniętymi zębami czekał, aż wybrzmi ostatni, wiercący mu dziurę w mózgu sygnał. Wreszcie zapadła cisza. Mariusz otworzył zaciśnięte niemal do bólu usta i pokręcił dla rozluźnienia głową ruchem podpatrzonym u zawodowych bokserów. Telefon ponownie zaczął dzwonić. Mariusz wyrwał z gniazdka prowadzące do niego przewody, jednak dźwięk dzwonka nieprzerwanie wibrował w powietrzu.

Wichura rzuciła na szybę w pokoju gołębia, który skręcił kark i w konwulsjach umierał na balkonie, wydając głośne skrzeki zupełnie nie pasujące do ptaka, nawet zdychającego. Przypominały raczej dźwięki wydawane przez cierpiącego małego psa.

Do drzwi dobijali się akwizytorzy handlujący elektrycznymi obieraczkami do marchwi, lampkami przydatnymi pod namiotem i ubezpieczeniami; z zęba wypadła Mariuszowi  plomba, a z szafy pieczołowicie ułożone przez Barbarę t-shirty (na szczycie piętrzącego się na podłodze stosu leżała koszulka z duszkiem Kacperkiem); przestraszony kot wylądował znowu na pilocie od telewizora i włączył go, lecz urządzenie straciło głos, pokazywało poruszającego ustami ciemnolicego dręczyciela Mariusza, który tym razem wcielił się w prezentera wiadomości; gdzieś w dole, na ulicy, po drugiej stronie bloku, rozległ się straszliwy dźwięk rozdzieranego metalu, jakby doszło do potwornego wypadku.

Za każdym razem, niemal bez chwili przerwy, Mariusz musiał kierować przeciw temu potopowi niedogodności wiązkę skoncentrowanej woli. Gołąb ożywał, t-shirty wracały do szafy, telefon milkł, kawa zmieniała smak, kot znów chował się w łazience, okna szczelnie się zamykały, domokrążcy pukali do drzwi sąsiadów, plecy przestawały swędzieć, łupież ustępował, ząb odzyskiwał plombę, w telewizji zamiast smagłego dręczyciela pojawiała się prognoza pogody, która wprawdzie zapowiadała śnieg, mróz i wiatr, ale przedstawiała ją anorektyczna blondynka, a nie smagły dręczyciel. Gazety z wizerunkiem twarzy wroga Mariusza  wywiewało za okno.

Pracował bez wytchnienia, aż nagle przypomniał sobie, że poprzedniego wieczora miał się spotkać z Lemańskim i nie dotrzymał obietnicy. Złapał komórkę i rozpaczliwie rozglądając się wokół siebie w oczekiwaniu na kolejny atak wybrał numer biznesmena. W tym samym momencie nawałnica nieprzyjemnych sytuacji ustała. Lemański wprawdzie odebrał telefon dość szybko, Mariusz nie musiał czekać dłużej, niż kilkanaście sekund, ale w tym właśnie czasie zdążył zrozumieć, że szansa, o której mówił mu Frymarczyk, musi się wiązać właśnie z Lemańskim, bo tylko on nie podlega jego woli i zarazem jest człowiekiem. Martwym jak kołek w płocie, ale człowiekiem. Mariusz musi przekroczyć granice getta wyznaczone przez jego egoizm, jak to określił policjant, a na drugą stronę przeprowadzi go właśnie biznesmen.

- Tak? - usłyszał po drugiej stronie.

Lemański nie miał pretensji do Mariusza. Był wyraźnie ucieszony jego telefonem. Zaprosił go do domu. Mariusz obiecał, że dotrze do domostwa biznesmena najdalej za godzinę.

- Zdążę kupić kilka „Żubrów" - powiedział Lemański.

Mariusz najpierw chciał zaprotestować, bo za życia hołdował zasadzie, by dzień po pijaństwie zawsze rezerwować na regenerację. Nie dlatego, żeby nie popaść w alkoholizm - powód był inny, prostszy: jego układ trawienny nie byłby w stanie znieść takiego obciążenia. Otrząsnął się jednak szybko przypomniawszy sobie o wczorajszym zwycięstwie nad ciałem i piwem.

- Świetnie, chętnie się z panem napiję - odparł.

Dopiero kiedy się pożegnali, zrozumiał i docenił gest biznesmena, który musiał zapamiętać ze spotkania w Utopii, w jakim gatunku piwa gustuje Mariusz.
wtorek, 02 września 2008, glodneduchy