|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Odcinek czterdziesty piąty, czyli nieprawdopodobne żarty.
Do salonu weszła Marietta niosąc połyskliwą, złotą tacę z wędlinami, masłem, pokrojonym chlebem i ciastem. Postawiła ją na stole, pochyliła się i rozstawiła wiktuały. Mariusz wpatrywał się w jej dekolt i dostrzegł pod bordową bluzką duże piersi w czarnym staniku. Marietta była szczupła, miała długie, gęste, ciemne włosy, pełne usta, wąski nos, lekko przydymioną cerę, jasne oczy. Wyglądała jak przedwojenna arystokratka, tak też się poruszała, płynnie, pewnie, z nienachalną gracją. Wyszła nie powiedziawszy słowa. Mariusz rzucił się na jedzenie. Nie tylko po to, żeby ukoić dojmujący głód, chciał także uniknąć jakichkolwiek rozmów z Lemańskim - dopóty, dopóki nie opanuje emocjonalnego rozgardiaszu, który wywołała obecność Marietty. Jego przesiąknięty już nieco alkoholem mózg produkował emocje, jakich Mariusz nie doświadczał od lat, od czasów szczenięcych zadurzeń i młodzieńczych zauroczeń. Jego trzydziestoczteroletnie ciało przechodziły dreszcze.
- Przechodzą mnie dreszcze - myślał i nie wierzył, że doznaje tych uczuć. Myślał do tej pory, że umierają po przekroczeniu progu młodości, a jeżeli nawet przetrwają, to najwyżej na kartach infantylnych romansów. Jadł przyniesione przez Mariettę produkty, które smakowały mu niezwyczajnie. Nie tylko uśmierzały głód, lecz były zarazem darem. Mariusz pochłaniał je w lekkim uniesieniu, bo dotykał ustami tego, czego ona dotykała przed chwilą dłońmi. Wyobrażał sobie subtelne, ledwo wprawdzie uchwytne, ale tym bardziej ekscytujące, erotyczne niemalże porozumienie, jakie między nimi zaistniało. Pod wpływem Marietty przedzierzgnął się w zakochanego nastolatka, przytłoczonego hormonalną nawałnicą. Skończył jeść. Opróżnił kufel. Pogrążony marzeniach, na coraz bardziej wyraźnym rauszu powoli tracił kontrolę. Pozwolił, żeby piwo na niego działało, a im bardziej czuł jego wpływ, tym odleglejsza stawała się myśl, żeby poskromić alkohol. Pusty kufel ponownie wypełnił się złocistym płynem, choć nie prosił o dolewkę Lemańskiego, piwa nie przyniosła Marietta, wreszcie on sam także nie zanurzył się w nieznanych czeluściach domostwa biznesmena i nie obsłużył się samodzielnie. Złamał za to daną sobie obietnicę (który to już raz?), zgodnie z którą w pobliżu Lemańskiego powinien zrezygnować z możliwości, jakie daje nadnaturalna siła woli. „Żubr" pojawił się w kuflu, bo tego chciał, po prostu. Zerknął na biznesmena z nadzieją, że tamten niczego nie zauważył, ale Lemański przerwał żucie i patrzył na niego rozbawiony. Nagle wyskoczył w górę, saltem ominął stojący przed nim stół i wylądował w ogromnej imitacji dziecięcego wózka, która nie wiadomo skąd pojawiła się na środku pokoju. Mariusz pojął natychmiast, że biznesmen, tak samo przecież wyposażony w niezmierzone pokłady nadnaturalnie silnej woli, przekomarza się z nim jak facet z facetem przy piwie. Zamiast przechwałek dotyczących pracy albo podbojów seksualnych, postanowił się z nim zmierzyć w konkurencji niemożliwej za życia: w żartobliwym czynieniu rzeczy nieprawdopodobnych. Dla podkreślenia infantylności tej zabawy, interpretował pracowicie Mariusz, zaczął od dziecięcego wózka, który jest zarazem elementem stale obecnym w jego rzeczywistości, pierwszym możliwym dla Lemańskiego skojarzeniem.wtorek, 09 września 2008, glodneduchy
|