Kryminał metafizyczny z Częstochową w tle
Blog > Komentarze do wpisu
Odcinek czterdziesty pierwszy, czyli pytanie o odwagę.
Dmuchnął na śnieg pod swoimi stopami. Ukazały się ciemne deski sceny. Skrzyło się na nich jak gwiezdny pył stłuczone szkło z niezliczonych butelek po piwie, opróżnianych w tym miejscu przez mieszkających w okolicznych blokach nastolatków. Dmuchnął ponownie i pozbył się także tej przeszkody. Zamknął oczy i pomyślał o wygodnym, wyściełanym pluszem krześle. Rozchylił powieki, mebel stał już u jego stóp. Usiadł i popatrzył w zasnute ciężkimi chmurami niebo. Patrzył na padający śnieg. Znów z nieodpartą siłą uderzyła go myśl, którą uparcie odsuwał od siebie od chwili, gdy skończył rozmowę z Frymarczykiem: nie wiedział, co robić, co myśleć, jakie przedsięwziąć kroki, żeby cokolwiek się zmieniło. Dryfował. Po prostu szedł przed siebie nie zważając na innych, na nic i tak naprawdę nie wiedział, dlaczego postępuje w ten sposób.

Nabrał w płuca powietrza i dmuchnął w niebo z miną podpatrzoną u amerykańskiego aktora, który w filmie z lat sześćdziesiątych grał w tekturowych dekoracjach Zeusa. Chmury rozstąpiły się koliście nad głową Mariusza i ukazała mu się nieskończoność galaktyk oraz maleńki świecący punkcik przecinający wolne od chmur niebo - jakiś zabłąkany samolot. Mariusz machnął niecierpliwie ręką, gestem, jakim zazwyczaj odpędza się muchę i punkcik światła zaczął ostro pikować w dół, aż zniknął za pierścieniem obłoków.

- Czy się odważę? - przypomniał sobie słowa poety, którego wierszami i poematami próbowała zachwycić go Otylia, jedna z jego byłych kobiet (zostało po niej malowidło przedstawiające depresyjny krajobraz). Nie potrafił sobie jednak przypomnieć nazwiska tego poety, mimo, że z całych sił wytężał pamięć, a w końcu zaprzągł w ten proces nadnaturalnie rozrośniętą wolę. Zamykanie oczu i szeptanie zaklęć nie pomogło, bo choć potrafił zmienić jednym ruchem dłoni tor lotu samolotu, a dmuchnięciem rozpędzić obłoki, nie umiał zmienić siebie, więc na pytanie zadane przez poetę musiał odpowiedzieć „nie".

Chmury znów zwarły szeregi, niebiosa zamknęły się szczelnie nad głową Mariusza.

Nie odważył się na podróż do gwiazd. Mógł sobie wyobrazić prom kosmiczny i siebie za sterami, albo przeistoczyć się w jakiś niecielesny byt, któremu próżnia niestraszna, ale zamiast międzygwiezdnej peregrynacji wybrał powrót do mieszkania przy ulicy Kościuszki. Nie odważył się na ostateczną ucieczkę od siebie. Opuścił amfiteatr przez dziurę w płocie. Tuż za ogrodzeniem czekała taksówka z rozgrzanym silnikiem, chociaż wcale jej nie wzywał, a ruch kołowy był w tym miejscu zakazany. Taksówkarz nie próbował oszukiwać, pojechał drogą najprostszą. Mariusz dał mu szczodry napiwek. Kierowca odwrócił głowę i uśmiechnął się w odpowiedzi. Mariusz dopiero w tej chwili zauważył, że samochodem kieruje jego smagły dręczyciel. Trzasnął drzwiami i pobiegł do windy. Był rozchwiany, rozedrgany, więzadła woli puściły, więc świat oszalał. Musiał nad sobą zapanować.

W mieszkaniu na siódmym piętrze Barbara czekała z parującym, późnym obiadem na stole i po krótkim przywitaniu zamknęła się w innym pokoju. Mariusz nie miał ochoty na rozmowę. Zjadł i położył się na łóżku z papierosem w dłoni, żeby przemyśleć to, czego się dowiedział od Frymarczyka. Pełny żołądek przywrócił mu nieco równowagę. Zasnął, na szczęście magia jego silnej woli odżyła i nawet podczas snu działała niezawodnie. Papieros, który powinien albo poparzyć palce, albo spaść na pościel i wywołać pożar, spokojnie w połowie zgasł. Nad sobą nie panował tak dobrze, jak nad niedopałkiem. Śnił mu się stary koszmar ze śniadym wrogiem paraliżującym go podczas jazdy tramwajem.
poniedziałek, 01 września 2008, glodneduchy