Kryminał metafizyczny z Częstochową w tle
Blog > Komentarze do wpisu
Odcinek czterdziesty siódmy - Alina.
Była jego miłością z czasów studenckich. Poznał Alinę, gdy uczył się na wydziale elektrycznym Politechniki Częstochowskiej. Ona zaś brnęła cierpliwie i skutecznie przez Wyższą Szkołę Pedagogiczną, gdzie magistrzy i z rzadka doktorzy (uczelnia w tych dość już dawnych czasach dopiero krzepła) pomagali jej posiąść wiedzę o nauczaniu początkowym.

Rodzice Aliny pracowali w przędzalni czesankowej „Elanex" i mieszkali w spółdzielczym bloku w centrum miasta. Rodzina Mariusza trudniła się hodowlą kwiatów w szklarni i miała dom na Stradomiu, który po śmierci rodziców odziedziczył biznesmen.

Mariusz pokiwał głową. Przestał się dziwić, dlaczego jeden z najbogatszych częstochowian mieszka w socjalistycznym klocku z pustaków.

Gdy majętni jak na owe czasy rodziciele Lemańskiego zorientowali się, że Alina zamierza zostać żoną ich Krzysia i zdobyć w ten sposób prawa do wyrosłej pod folią małej fortuny, zaczęli ją synowi ze wszystkich sił obrzydzać.

Nie była pięknością, to prawda, ale nie brakowało jej uroku: miała szare włosy, ale zarazem szare, ogromne oczy, była szczupła, właściwie chuda, lecz natura obdarzyła ją pokaźnym biustem.

W oczach rodziców Lemańskiego pogrążył ją jednak brak jakiegokolwiek posagu.

Ojciec i matka nie przystąpili do frontalnego ataku, co było taktyką niezmiernie ryzykowną. Lemański, jak każdy pulsujący hormonami młody mężczyzna, mógł się zbuntować, rzucić studia, uciec do innego miasta. Mógł się pozwolić sprowadzić na manowce wybujałym emocjom. Nie, nie popełnili tego błędu. Postawili na strategię długotrwałego nękania. Zapraszali Alinę na obiad i jakby mimochodem, delikatnie wypytywali o rodziców. Spuszczała głowę i niepewnie obracała w palcach złoty widelec. Nie była zbyt wylewna. Starała się odpowiadać wymijająco i zazwyczaj zmieniała temat, na przykład pytając panią domu o przepis na rosół. Jednak nawet z tych szczątkowych elementów w umyśle Lemańskiego kiełkował powoli dość spójny obraz: Alina wychowała się w biednej rodzinie.

Jej rodzice przywędrowali do Częstochowy ze wsi, ojciec spod Olkusza, matka spod Kielc i mimo awansu społecznego, jaki dała im praca w przędzalni, byli po prostu napływową siłą roboczą, wywabioną z włościańskich pieleszy obietnicą lepszego życia. Rodzice Lemańskiego uważali się za mieszczan, niemal patrycjuszy i takie też przekonanie wpoili swojemu Krzysiowi, choć nimi oczywiście nie byli. Przodkowie biznesmena wywodzili się ze śląskich wsi.

Próbowali odciągnąć swojego syna od Aliny dając mu porównanie.

Wśród ludzi im podobnych, innych hodowców kwiatów, sklepikarzy, właścicieli warsztatów szewskich, czasami lekarzy (ale koniecznie z prywatną praktyką), panował zwyczaj organizowania cotygodniowych bachanaliów suto zakrapianych alkoholem. Rolę gospodarza za każdym razem przejmował kto inny, według nigdzie nie spisanej, lecz ściśle przestrzeganej kolejności. Oprócz chęci ulżenia sobie po całotygodniowej walce o pieniądze w niesprzyjającym ekosystemie socjalistycznej gospodarki, frekwencja podczas tych imprez była zawsze wysoka z jeszcze jednego powodu: częstochowskie groszoroby urządzały nieustanne targowisko próżności. Składając wizyty zarazem sprawdzali, czy w domach ich najlepszych i jedynych przyjaciół przybyło dóbr. Jeśli tak, wściekle zazdrościli i starali się nie zostać w tyle.

Właśnie wtedy Lemański zapadł na nieuleczalną miłość do złota.

Rodzice zaczęli go zabierać do domów, w których mógł spotkać dorastające lub dorosłe, ale ciągle jeszcze samotne córki znajomych dorobkiewiczów. Godzili się, żeby pił w ich obecności wódkę, o czym wcześniej nie było mowy. Gdy już wyraźnie widzieli skutki działania alkoholu, starali się zaaranżować rozmowę z gospodarzami i ich córką. Potem zaś manewrowali w taki sposób, żeby jak najdalej odciągnąć rodziców dziewczyny.

Po deblu nadchodził czas na grę pojedynczą.

Matka Lemańskiego jakby mimochodem rzucała krótkie, deprecjonujące Alinę uwagi. Krytykowała strój, fryzurę, wychwytywała wszystkie, na ogół dość drobne niedostatki urody: lekko zgarbione plecy, trochę za duże stopy, niezbyt czystą cerę, nieco krzywy zgryz. Punktowała niczym wytrawny bokser. Lemański dostawał nieustannie komunikaty składające się w jedno wielkie przesłanie - Alina nie jest pięknością.

Ojciec Lemańskiego wybrał drogę okrężną. Nagle zaczął podkreślać równoprawną relację, która łączy niemal dorosłego syna z ojcem w sile wieku. Wspólne naprawianie podrasowanego, choć już dość wiekowego audi nie przypominało lekcji udzielanej przez surowego i wymagającego nauczyciela, jak do tej pory, lecz konsylium z udziałem dwóch szanujących się profesjonalistów. Ojciec nie korygował jego opinii o piłce nożnej, nie strofował podczas rozmów o polityce. Przestał udowadniać swoją wyższości na jakimkolwiek polu. Czekał za to na chwile rozluźnienia, męskiego, niewymuszonego poczucia wspólnoty i wtedy delikatnie doradzał.

- Młodość musi się wyszumieć - mówił kiwając głową i z namysłem marszcząc brwi, jakby sam był autorem tego banału.

Następnie szły w ruch kolejne komunały. Mężczyzna ma swoje potrzeby; mężczyzna musi zaznać wielu kobiet, żeby dojrzeć; mężczyzna potrzebuje wolności; mężczyzna nie może pozwolić, żeby rządziła nim kobieta. Nie odnosił tych prawd ogólnych bezpośrednio do związku swojego Krzysia z Aliną, ale wygłaszał je na tyle często i na tyle nienachalnie, że Lemański dość naturalnie je przyswoił i przyjął w swoich rozumowaniach za pewnik.
poniedziałek, 15 września 2008, glodneduchy
Komentarze
Gość: hm, ese85.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/09/23 12:08:35
"rodzina MARIUSZA trudniła się hodowlą kwiatów"

a nie rodzina Lemańskiego?