Kryminał metafizyczny z Częstochową w tle
Blog > Komentarze do wpisu
Odcinek czterdziesty szósty. Żartów ciąg dalszy.
Mariusz podjął rękawicę i także przeskoczył stół, ale bez salta. Zawisł na żyrandolu, trzymając się jedną ręką i kołysząc się z małpią gracją. Wolną dłonią wyciągnął paczkę papierosów, ustami wyjął z niej jedną sztukę, schował paczkę, odpalił papierosa od żarówki, która na krótką chwilę rozżarzyła się prawdziwym płomieniem. Wisiał, bujał się i rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu.

Biznesmen zamknął oczy i zaszeptał. Wózek zniknął, Lemański opadł na podłoże, ale nie na podłogę, bo ta zdążyła się już zamienić w plażę. Biznesmen przyoblekł się we wzorzyste bermudy, pokrył opalenizną, w jego ustach pojawiło się cygaro, a w dłoni drink z parasolem. Wyglądał jak latynoski gangster podczas wakacji.

Mariusz saltem sfrunął z żyrandola i wylądował stopami w eleganckich, czarnych lakierkach. W ciemnym garniturze, białej koszuli i krawacie - śledziu przypominał teraz do złudzenia taniego, ale ambitnego bandziora z amerykańskich filmów. Wizerunek ten podkreślał jeszcze łańcuch z grubych ogniw, który zawisł na jego szyi oraz błyszczące na palcach pierścienie. Nie musiał się też pozbawiać przyjemności palenia. Papieros doskonale pasował do cynicznego mordercy i oszusta, jakiego odgrywał Mariusz.

Lemański zareagował z finezją, która Mariusza zaskoczyła. Najpierw uniósł się z ziemi nie zginając nóg, ani nie podpierając się dłońmi, niczym wampir wynurzający się z trumny. Następnie, kiedy plaża odeszła już w niebyt, usiadł na sfatygowanym krześle, które stanęło tuż pod jego pośladkami. Bermudy zniknęły, pojawił się mundur polskiego policjanta. Pojawiło się też stare, sfatygowane biurko, a na nim maszyna do pisania pamiętająca lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Patrząc ze znużeniem na Mariusza - gangstera stukał w klawisze placem wskazującym prawej ręki. Krzesło, na którym siedział Lemański, skrzypiało cicho i uporczywie.

Mariusz uśmiechnął się z uznaniem i nawet skłonił przed biznesmenem głowę, ale nie zamierzał składać broni, choć musiał się w końcu pozbyć papierosa. Naprzeciwko biurka biznesmena pojawiła się parlamentarna mównica. Mariusz, ubrany w nienaganny garnitur, oparł się o nią i pochylił agresywnie w stronę policjanta - Lemańskiego. Pogroził mu palcem z poważną, pełną godności miną zawodowego polityka.

Biznesmen podniósł niedowierzająco lewą brew i uniósł w górę otwarte dłonie gestem pojednania. Biurko zniknęło, rozległy się pulsujące dźwięki reggae, on sam zaś zyskał od razu długie dredy oraz barwny, włóczkowy beret. Kołysząc się, leniwym gestem podał skręta stojącemu na mównicy Mariuszowi - politykowi.

Ten zaś patrzył bezmyślnie na marihuanę, a gdy się ocknął, szybko coś wyszeptał i zamknął oczy. Mównicy już nie było, on natomiast siedział w pozycji lotosu na wzorzystym dywanie. Dokładnie wygolona skóra na głowie odbijała światła żyrandola. Przymknięte oczy nie widziały tlącego się jointa. Dłonie stykały się kciukami. W powietrzu wibrowała mantra.

Biznesmen zaciągnął się dymem marihuany. Wydmuchując go oparł się mocno na pastorale. U swoich stóp złożył wielki, czerwony worek. Poprawił fałdzistą, pełną zakamarków czerwoną szatę. - Ho, ho, ho - powiedział z wyraźnym amerykańskim akcentem i zaczął grzebać w worku, popatrując spod siwych, krzaczastych brwi na Mariusza.

Przed Lemańskim stanął czerwony dystrybutor coca - coli. Po chwili wychynął zza niego Mariusz, ubrany w mundurek łączący różne elementy strojów noszonych przez sprzedawców w najpopularniejszych sieciowych fast - foodach. W lewej dłoni trzymał tacę z górą upieczonych kurzych nóg, w prawej paterę ze stosem bułek przełożonych kawałami mięsa. Na przemian podsuwał naczynia biznesmenowi i lekko nimi kołysał, żeby najskuteczniej wydobyć z potraw aromat.

Lemański zniknął. Z podłogi wystrzeliła po sufit przysadzista, dorodna jabłoń, która urodziła jeden owoc, kołyszący się łagodnie na samym szczycie soczystozielonej korony. Obok czerwonego jabłka, zza zasłony szemrzących liści, wychynął brązowy łeb węża. Mariusz natychmiast rozpoznał w nim biznesmena. Może głowa gada była w trudno uchwytny sposób ukształtowana na podobieństwo twarzy biznesmena? A może po prostu Mariusz się domyślił („skoro jest jabłoń, musi być wąż, a człowiekowi jednak bliżej do gada, niż do rośliny") w jakim kierunku pójdzie metamorfoza Lemańskiego? Wąż wbił zęby w jabłko. Po gładkiej powierzchni owocu spłynął na podłogę sok. Zerwał jabłko i podał je Mariuszowi.

Ten już wyciągał rękę, już niemal dotykał jabłka, zahipnotyzowany pomysłowością Lemańskiego, lecz w ostatniej chwili jednak cofnął dłoń. Zdał sobie sprawę, że prawie dał się pokonać biznesmenowi, bo nie jest zbyt mocny w sprawach mitologiczno - metafizycznych. W bitwie, w której piechotą morską i lotniskowcami była wyobraźnia, wolał stosować broń konwencjonalną. Jego skojarzenia trzymały się rzeczywistości najbliższej, najłatwiej dostępnej: fizycznej, albo telewizyjnej. Zamiast silić się na kontratak z wykorzystaniem arsenału biblijnego, postawił na nisko latające rakiety ziemia - ziemia.

Okazało się nagle, że jest ubrany w biały fartuch, stoi za nieco sfatygowaną, ale czystą ladą osiedlowego sklepiku, bierze od węża jabłko, kładzie je na nieco archaicznej wadze i mówi:

- Osiemdziesiąt pięć groszy.

 Biznesmen powrócił do swojej prawdziwej postaci.

- Chyba skończymy tę zabawę - powiedział.  - Zaczyna się pan powtarzać. Znów wcielił się pan w sprzedawcę.

Wedle samczych reguł rywalizacji, nawet tak łagodnej i prowadzonej w żartobliwy i przyjazny sposób, w Mariuszu powinna zagrać ambicja. Lemański zasugerował przecież, choć, co prawda, uczynił to raczej mało agresywnie, ale jednak wyraźnie, że czuje się zwycięzcą w tej potyczce. Mariusz czuł, że biznesmen góruje nad nim pomysłowością, więc lekceważąco wzruszył ramionami i zaproponował kolejnego „Żubra". Taki gest i propozycja pozwalały mu zachować godność. Nie były tożsame z jednoznacznym przyznaniem się do klęski i jednocześnie pozwalały biznesmenowi odczytać je zgodnie z własnymi intencjami. Lemański mógł zatem brnąć dalej w testosteronową awanturę, albo stwierdzić, że Mariusz podporządkował się jego interpretacji i wypić piwo.

Ku ogromnej uldze Mariusza zaniechał dalszej walki i zniknął w kuchni. Wrócił z kolejnymi „Żubrami". Przyniósł też następne kufle, bo te, z których pili w pierwszej części wieczoru, zawieruszyły się podczas popisów wyobraźni. Milcząc gasili pragnienie. Znów czuli działanie alkoholu, neutralizowane wcześniej wysiłkiem fizycznym i adrenaliną towarzyszącą rywalizacji.

Mariusz przypomniał sobie o właściwym celu wizyty.

- Niech pan wybaczy, że zapomniałem o pierwszym terminie spotkania - powiedział. - Bardzo się pan bał dzwoniąc do mnie. Co się stało?

- Nic nie szkodzi - odparł biznesmen. - Na szczęście już nic mi chyba nie grozi, choć wizyta Aliny trochę mnie zaniepokoiła. Nie powinno jej tu być. Już nie.

- Może ten smagły człowiek przyszedł z mojego powodu, a w pana trafiło tylko rykoszetem? - zamyślił się Mariusz.

- Niewykluczone - z wyraźną ulgą podchwycił Lemański. - Zgodnie z tym, co powiedział mi Frymarczyk, nie powinna mnie już dręczyć - podkreślił ponownie.

Mariusz zdziwił się, bo uznał, że smagły dręczyciel (albo jego odpowiedniki) jest równie trwałym składnikiem życia po śmierci, co zwielokrotniona siła woli.

- A dlaczego miałaby się już nie pojawiać?

Biznesmen spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Pytał pan, czy jestem już po uświadamiającej rozmowie z Frymarczykiem, więc doszedłem do wniosku, że jest pan wtajemniczony co najmniej w takim samym stopniu, jak ja. Ale chyba się myliłem.

Lemański rozsiadł się wygodniej. Zapalił papierosa, którego nie pytając o zgodę wyciągnął z paczki należącej do Mariusza.

- Niech pan mówi - ponaglił Lemańskiego.

Biznesmen bez dalszej zwłoki zaczął opowiadać, bo już wystarczająco nasycił się zniecierpliwieniem Mariusza.

- Widzi pan - rozpoczął i zaciągnął się głęboko dymem z czerwonego „Marlboro". - Widzi pan, ja zawsze miałem wobec kobiet poczucie winy, które pierwszy raz wzbudziła we mnie Alina.

środa, 10 września 2008, glodneduchy
Komentarze
Gość: Mort, ep60.internetdsl.tpnet.pl
2008/09/11 22:47:26
"- Niewykluczone - z wyraźną ulgą podchwycił Lemański. - Zgodnie z tym, co powiedział mi Lemański, nie powinna mnie już dręczyć - podkreślił ponownie."

Powtarza się nazwisko, a chodzi chyba o Frymarczyka : )
-
2008/09/12 12:47:09
Dziękuję ;).
Poprawiłem.