Kryminał metafizyczny z Częstochową w tle
RSS
poniedziałek, 29 września 2008
Odcinek pięćdziesiąty drugi. Nigdy, nigdy nie będzie 25 grudnia.
Pokój na górze oświetlała słaba lampka, która stała na małej komodzie przy łóżku Marietty. Mariusz patrzył na ciemne włosy, rozsypane wokół głowy dziewczyny, na prawą dłoń, która ściskała kurczowo lewe ramię. Marietta wyglądała, jakby chciała się objąć, lecz plan ten wprowadziła w życie tylko połowicznie. Druga dłoń spoczywała na poduszce nad głową.

Oparł się ciężko o framugę, wziął głęboki oddech. Słysząc go dziewczyna poruszyła się nerwowo, lewa dłoń powędrowała znad głowy na prawe ramię w obronnym geście, ale po chwili uspokoiła się i znieruchomiała.

Mariusz patrzył na nią i powoli odkleił od futryny przepełnione piwem, ociężałe ciało. Zatrzymał się, gdy jego kolana dotknęły krawędzi łóżka. Zachwiał się lekko.

- Śpij - wyszeptał nad Mariettą. Przez chwilę chciał wierzyć, że powoduje nim zwykła życzliwość, która nie pozwala bez wyraźnego powodu budzić śpiącego człowieka. Szybko przestał się okłamywać, bo alkohol krążący w żyłach przerwał wszystkie tamy. Nie chciał przerywać jej snu, żeby mu nie przeszkadzała, żeby jak najprościej i najszybciej mógł dotrzeć do celu.

- Śpij - powtórzył, jakby nie był do końca pewien swojej mocy. Ściągnął z niej kołdrę. Marietta miała na sobie różowy t-shirt i granatowe figi. Była niewinna i rozpustna zarazem, bo wprawdzie obejmowała się ramionami z dziewiczym zapałem i skromnością, ukrywając w ten sposób choćby zarys piersi, lecz jednocześnie szeroko rozkładała uda.

Mariusz chciał ją mieć natychmiast, nie istniało nic poza pożądaniem, które wzmógł wypity alkohol. Usiadł ciężko na łóżku i wyciągnął dłoń w stronę szczupłego ciała Marietty, ale nie dotknął jej. Wodził dłonią tuż nad skórą, wyobrażając sobie, że jego palce emanują ciepłą energią. Skoro sobie to wyobraził, wizja natychmiast się urzeczywistniła. Pośrednio tylko zależało mu na tym, żeby podniecić Mariettę i sprawić jej przyjemność. Jedyny powód niezwykłego masażu był prosty - chciał, żeby zwilgotniała, aby potem łatwiej w nią wejść.

Dziewczyna poruszyła się i westchnęła z wyraźnym zadowoleniem. Nie otwierając oczu ściągnęła koszulkę. Miała pełne piersi, o ton jaśniejsze od reszty ciała. Mariusz zatrzymał dłoń nad spojeniem nóg. Marietta zwarła uda i cicho zajęczała, z ciągle zamkniętymi oczyma ściągnęła majtki i rozłożyła nogi. Mariusz zdjął ubranie, był gotowy. Usiadł na piętach i oparł jej łydki na swoich ramionach. Wsunął się w nią mocno, gwałtownie zaczął się poruszać. Dziewczyna zajęczała głośno, rozrzuciła szeroko ręce i chwyciła prześcieradło. Łóżko skrzypiało długo, bo Mariusz miał w sobie dużo alkoholu i nie mógł skończyć. Kiedy mu się w końcu udało, był ledwie żywy ze zmęczenia. Odsunął się od dziewczyny i ciężko dysząc położył na wznak. Najchętniej zasnąłby natychmiast, ale wysiłek fizyczny i zaspokojenie przywróciły mu po części jasność myślenia. Na wszelki wypadek postanowił uciec (który już raz?). Nie chciał ponosić konsekwencji.

Ubrał się i ponownie stanął nad dziewczyną. Jej ciemne, opalone ciało odcinało się wyraźnie od białej pościeli.

- Ubierz się, ale się nie budź - wyszeptał.

Marietta spełniła życzenie. Mariusz zszedł ostrożnie na dół. Położył się obok skulonego w niewygodnej pozycji Lemańskiego, który ciągle konsekwentnie zajmował tylko pół kanapy.

Szum narastał.

Wijąc się w uścisku smagłego prześladowcy zrozumiał, że nie wie, kto go okrył kocem. Może Marietta? Przecież nie pamiętała, co się wydarzyło w nocy, bo Mariusz skutecznie zapobiegł jej przebudzeniu. Może Lemański? Może do końca był idealnym gospodarzem?

Przede wszystkim jednak Mariusz był całkiem zdezorientowany. Nie znał źródła coraz głośniejszego hałasu, nie rozumiał, dlaczego jego śniady wróg schwytał go i nie pozwala odejść. Jeszcze raz desperacko spróbował się wyrwać, lecz bez skutku.

- Nie jestem Frymarczykiem, który pozwala się bić, żebyś coś wreszcie zrozumiał - powiedział mężczyzna. - Nie ustąpię. A ty spadasz na niższy poziom. Nie potrafiłeś nawet na chwilę zapomnieć o sobie, nie powstrzymałeś swoich zachcianek. Przekroczyłeś masę krytyczną, tak, jak za życia, tuż przed tym, zanim wypadłeś z okna. Nie zasługujesz zatem na rehabilitację, nie zaczniesz drogi w górę. Przeciwnie, za chwilę uczynisz pierwszy krok w przeciwnym kierunku.

Mariusz przez chwilę czuł straszny żal, bo przypomniał sobie, że ciągle nie wie, co było przyczyną jego śmierci. Szybko jednak ogarnęło go przerażenie, bo w końcu zrozumiał, skąd najpierw wziął się szum, a teraz narastający hałas.

Główną arterią Częstochowy są Aleje Najświętszej Maryi Panny. Z jednej strony ich perspektywę zamyka wzniesienie zwieńczone jasnogórskim klasztorem, z drugiej kilkudziesięciometrowy komin ciepłowni. Patrząc nad głową smagłego dręczyciela Mariusz zobaczył wyższą od komina ścianę wody, która zbliżała się nieuchronnie, tak, jak w jego najstarszych koszmarach. Masywy wodne musiały nadciągać ze wszystkich stron. Mariusz wprawdzie ich jeszcze nie dostrzegł, bo widok ograniczały drzewa rosnące w podjasnogórskim parku, ale ryk pędzącej fali dobiegał go z każdej strony. Ściana wody dotarła już do placu Biegańskiego.

Mariusz odwrócił się i zobaczył, że z drugiej strony ryczący masyw zawisł na chwilę nad wieżą klasztoru, potem wody rozstąpiły się, ominęły Jasną Górę, zbiegły się na błoniach i podążyły w jego stronę.

Olbrzymie masy wody stworzyły wokół Mariusza niewielki krąg, rycząc wściekle i parskając na niego od czasu do czasu bryzgami piany. Śniady dręczyciel nadal trzymał go za ramię. Mariusz nie miał siły, żeby wyzwolić się z tego uścisku.

Smagły wróg znów zamilkł i będzie tak milczał przez wieczność.

Zanim Mariusza pochłonął bez reszty bezrozumny strach, pomyślał jeszcze, że przecież dziś jest 24 grudnia, Wigilia, co oznacza, że nie doczeka pierwszej gwiazdy zwiastującej porę rozpakowywania prezentów, już nigdy nie będzie uroczystej kolacji, podczas której wszyscy zbierają się przy wspólnym stole i są dla siebie mili, a wokół roznoszą się zapachy długo przygotowywanego jedzenia i choinki, już nikt nigdy ułamawszy opłatek nie będzie życzył mu spełnienia marzeń, już nigdy, nigdy nie będzie 25 grudnia.

 KONIEC

20:22, glodneduchy
Link Komentarze (12) »
wtorek, 23 września 2008
Odcinek pięćdziesiąty pierwszy, czyli przeciągły szum.
Płynnie minął plac Pamięci Narodowej i kamienicę, w której mieszkał, gdy spotykał się z Martyną. Dotarł do placu Biegańskiego i wyhamował. Śnieg zawirował wokół głowy Mariusza, mgła oddechu przesłoniła mu na chwilę widok jasnogórskiej wieży.

- Chyba już mogę? - zapytał głośno, pokiwał głowę w odpowiedzi i ruszył w stronę klasztoru. Wierzył, że postanowienia podjęte podczas wędrówki ze Stradomia do centrum wystarczą, by zdjąć z pośmiertnej rzeczywistości zaklęcie, które blokowało dostęp do Jasnej Góry. Dręczycielka biznesmena zniknęła, gdy ten wykazał chęć poprawy. Teraz kolej na jakiś przychylny gest ze strony rzeczywistości otaczającej Mariusza, który uznał, że pierwszą oznaką tej zmiany ma być dostępność klasztoru.

Szedł pewnym krokiem między niewysokimi lipami rosnącymi w III Alei Najświętszej Maryi Panny. Wiatr smagał policzki Mariusza. Śnieżna zadymka częściowo zasłaniała cel podróży. Mróz odbierał zmarzniętym, zdrewniałym stopom siły potrzebne do dalszego marszu. Wyszeptał życzenie. Wiatr ustał. Śnieg padał wszędzie, pokrył całe miasto, lecz żaden płatek nie spadł już na twarz Mariusza. Gorąca krew wypełniła stopy. Przekroczył ulicę Popiełuszki, czyli tę arterię, która dzieli każdego pielgrzyma od ostatniej prostej do sanktuarium - alei Sienkiewicza. Zatrzymał się, wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Zaciągnął się głęboko. Stał u podnóża jasnogórskiego szczytu i patrzył na wieżę klasztoru, dopóki nie skończył palić. Celebrował chwilę triumfu. W końcu musiał odrzucić niedopałek, który zaczął parzyć palce. Dokładnie wdeptał resztkę papierosa w sypki śnieg. I wtedy ktoś położył dłoń na jego ramieniu.

Mariusz odwrócił się gwałtownie i jednocześnie ze wszystkich, tak zwielokrotnionych w życiu pośmiertnym sił próbował się wyrwać z uchwytu, ale był zbyt słaby. Machał rękami jak okaleczony ptak. Za jego plecami stał smagły dręczyciel i przecząco kiwał głową.

- Dlaczego? - zapytał Mariusz, choć nie spodziewał się odpowiedzi. Śniady mężczyzna nigdy się do tej pory do niego nie odezwał. Tym razem jednak jak gdyby nigdy nic przemówił.

- Marietta - powiedział czystym, jasnym głosem. Mariusz zamarł, bo uświadomił sobie to, co za wszelką cenę próbował zepchnąć w przepaść niepamięci, postępując zgodnie z wypraktykowaną jeszcze za życia metodą: jeżeli problem go przerastał, uciekał, rejterował, dawał za wygraną.

Usłyszał przeciągły szum.

Poprzedniego wieczora po krótkim odpoczynku jednak znalazł siłę, żeby podnieść głowę. W tym samym czasie sen zmorzył biznesmena, który położył się obok Mariusza na skrzypiącej kanapie pokrytej fałszywą skórą. Nawet zatraciwszy świadomość w pijackim śnie nie przestał być dobrym gospodarzem. Zwinął się w kłębek i trwał w tej niewygodnej pozycji, żeby nie przeszkadzać Mariuszowi.

Po przebudzeniu Mariusz wciąż jeszcze czuł przemożny wpływ alkoholu. Popatrzył z rozrzewnieniem na Lemańskiego, który ugościł go tak szczodrze, dał mu nadzieję na wyjaśnienie pośmiertnych niejasności i popchnął we właściwym kierunku.

Nastrojony emocjonalnie na tę nutę podniósł się ostrożnie i choć manewr ten wymagał wiele wysiłku i zwiększonej koncentracji, udało mu się nie zbudzić biznesmena. Nie chciał go wyrywać ze snu właśnie z wdzięczności za dobrodziejstwa, których nie szczędził przez cały wieczór Lemański.

Ruszył w stronę pogrążonej w półmroku kuchni. Na blacie stołu stała puszka „Żubra". Opróżnił ją kilkoma potężnymi haustami. Jedynym źródłem światła była mała lampka w korytarzu, który prowadził gdzieś do góry. Dał się ponieść owadziemu odruchowi i ruszył do światła. Schody stawiały mu większy opór, niż zazwyczaj, bo był jednak mocno pijany. W końcu dotarł do drzwi na pierwszym piętrze. Nacisnął ostrożnie klamkę. Ustąpiły.
20:16, glodneduchy
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 września 2008
Odcinek pięćdziesiąty - będzie dobrze.
Biznesmen skończył opowieść.

- Jeżeli pan pozwoli, chciałbym jeszcze wiedzieć, w jaki sposób pan zmarł - powiedział po chwili milczenia Mariusz i zdał sobie sprawę, że gdyby nie potężna dawka piwa, nigdy nie odważyłby się zadać tego pytania.

Tym razem Lemański pokiwał głową - ze smutkiem.

- Frymarczyk powiedział, że jeśli przypomnę sobie przyczynę śmierci, będzie to znak, że jestem gotów do podróży w odwrotnym kierunku - odparł. - Czyli będę mógł powrócić do życia, cokolwiek to teraz znaczy.

Mariusz pomyślał, że wprawdzie widział swoje ciało spadające na słabo oświetlony podjazd pod blokiem przy ulicy Kościuszki, lecz nie potrafił sobie przypomnieć, co się działo tuż przedtem. Popełnił samobójstwo? Ktoś go wypchnął? Spadł, bo był nieostrożny?

Ponownie pokiwał głową.

- I chyba miał rację - powiedział i znacząco potrząsnął pustym kuflem. Biznesmen zerwał się i pobiegł po dwa kolejne „Żubry". Był już bardzo pijany. W połowie drogi  mocno się zachwiał, ale wsparty o futrynę odzyskał równowagę. Wrócił nieco pewniejszym krokiem, hipnotycznie wpatrzony w kufle pełne piwa. Zaskrzypiała kanapa pokryta sztuczną skórą, potem rozległo się dźwięczne stuknięcie, kiedy w przyjaznym toaście kufel zderzył się z kuflem. Kilka kropel spadło na spodnie Mariusza. Odstawił naczynie i pochylił się, żeby zetrzeć płyn, ale droga w dół trwała nieco dłużej, niż się spodziewał. Głowa spoczęła na kolanach i Mariuszowi zabrakło siły, żeby ją podnieść. Pogodził się ze swoją słabością. Zasnął.

Obudził się, było już jasno. Bolała go głowa, brakowało mu śliny, śmierdział alkoholem, nikotyną i potem. Było mu bardzo gorąco. Spowijał go szczelnie gruby, wzorzysty koc. Podniósł się i oparł na łokciach. Kanapa zaskrzypiała przenikliwie. Zamknął oczy i nie zważając na krążące pod powiekami rozżarzone kręgi, wyszeptał zaklęcie. Na szczęście pijaństwo poprzedniej nocy nie nadwątliło nadnaturalnej siły woli. Dolegliwości wywołane kacem natychmiast zniknęły.

- Dzień dobry - krzyknął najgłośniej, jak mógł i nasłuchiwał uważnie, ale nie odpowiedział mu żaden ludzki głos. Był sam. Przed domem rozległo się niemrawe szczekanie dobermana.

Odrzucił koc i ruszył do kuchni.

Znów nie narzucał pragnieniom żadnych ograniczeń. Nie wiedział, dlaczego zmienił zdanie i nie próbował tego dociekać, jak zawsze. Przez chwilę przemknęła mu tylko przez głowę myśl, że Lemański najwyraźniej opuścił swoje domostwo, skoro nie zareagował na gromkie powitanie, a tylko w jego obecności miał trzymać pragnienia na wodzy.

Od razu udało mu się znaleźć puszkę z kawą, zdobną w złote smoki. Ekspres prawie wepchnął mu się do rąk. Na samym środku kuchennego blatu czekało naczynie ze złotym uchwytem wypełnione po brzegi trzcinowym cukrem. Pijąc drobnymi, dokładnie odmierzonymi łykami kawę, którą uprzednio dokładnie wymieszał ze skondensowanym mlekiem i trzcinowym cukrem złotą, małą łyżeczką, metodycznie, łyk piwa po łyku, słowo po słowie, przywracał w pamięci do życia poprzedni wieczór. Zatrzymał się przy informacji mówiącej o tym, że wystarczy w najprostszy, najbardziej oczywisty i przyziemny sposób wyrzec się choćby części swoich żądz, żeby rozpocząć rehabilitację. Już wiedział, co ma robić.

Dopił kawę. Ostrożnie odstawił filiżankę. Spojrzał na osad, który pozostał na dnie naczynia i machnął nad nim dłonią. Filiżanka zalśniła czystością. Mariusz odstawił ją do szafki. Nie chciał sprawiać kłopotu gospodarzom, którym był wdzięczny za gościnę, a Lemańskiemu dodatkowo za wskazówki.

Ubrał się i otworzył drzwi wejściowe. Padał śnieg, wiał przenikliwy wiatr, szczypał mróz. Stróżujący na podwórku doberman był w złym humorze. Zbliżał się do Mariusza na lekko ugiętych łapach, z pyskiem tuż przy ziemi, z gardzielą pełną dudniącego warkotu. Mariusz uśmiechnął się z sympatią do zwierzęcia, bo pamiętał, że poprzedniego wieczora pies z równą zajadłością warczał na śniadego dręczyciela - Alinę. Szepcząc przyjaźnie wyraźne polecenie szybko sprawił, że doberman położył się na zmarzniętej, przysypanej sypkim śniegiem ziemi i począł żwawo poruszać kuprem. Mariusz pogłaskał zwierzaka po głowie i zamknął za sobą furtkę. Odchodząc słyszał cichnące skomlenie.

Padał śnieg, panował półmrok. Mariusz nie był pewien pory dnia. Nie wiedział, czy jest wczesny ranek, czy raczej zbliża się już wieczór. Wiał mocny wiatr. Mariusz dał mu się swobodnie nieść. Podążając do centrum miasta niemal nie dotykał oblodzonego chodnika. Przypomniał sobie marzenia o perfekcyjnej grze w koszykówkę, co było możliwe tylko dzięki nienaturalnemu obniżeniu wagi i natychmiast zastosował tę metodę. Sunął jak duch, prawie nie poruszając nogami. Wypłynął na chodnik biegnący przy ulicy Bohaterów Monte Cassino i znacznie przyspieszył. Wyglądał trochę jak zawodnik na łyżwiarskim torze, trochę jak  postać z kreskówki.

Pędząc posuwiście myślał o przyszłości. Wiedziony przykładem biznesmena, który zaczął swoją drogę w górę od mocnego postanowienia poprawy, zinwentaryzował grzechy i obmyślił plan naprawczy.

Barbara... To ona była wrotami wiodącymi do przewidywalnej rzeczywistości, jakby zapewne powiedział Frymarczyk. Lemański nie potrzebował już pomocy. Doskonale sobie radził i nie ulegał woli Mariusza. Nie będzie zatruwał życia Barbarze, nie będzie jej sobie podporządkowywał używając pośmiertnie zintensyfikowanej siły woli. Pójdzie z Barbarą do Don Kichota, będzie z nią tańczył i uśmiechał się do jej koleżanek.

- Może spotkam tam byłą kochankę Lemańskiego? - pomyślał odbiegając od głównego, odkupieńczego wątku, ale zaraz wrócił na właściwy tor. Wezmą ślub, szybko pojawi się dziecko. Mariusz spożytkuje część wygranej w Lotto fortuny na zakup domu gdzieś na terenie Tysiąclecia.

Będzie dobry dla innych, więc jemu też będzie dobrze.
20:10, glodneduchy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 września 2008
Odcinek czterdziesty dziewiąty. Lemański.
Następnym razem podjął walkę, bo Alina przeszkodziła w spotkaniu z kochanką, dwudziestoletnią kobietą, której wynajął dyskretne mieszkanie w bloku stojącym przy lasku Aniołowskim.

Formalnie kochanka studiowała marketing i zarządzanie na Akademii Polonijnej (za co Lemański musiał uiścić stosowną opłatę), lecz koncentrowała się na wizytach w solarium, u kosmetyczki i przede wszystkim w Don Kichocie. Piła tam kolorowe drinki z prowadzącymi podobny tryb życia koleżankami. Dziewczyny zgodnie narzekały na fundatorów ich rozrywek. Były żołnierkami tej samej armii, uzbrojonymi w przesadnie długie, zdobione wymyślnie tipsy i mocny makijaż, umundurowanymi w obcisłe, najczęściej różowe lub białe spódniczki i bluzeczki.

Alina wcieliła się w siostrę kochanki, która niespodziewanie przyjechała z rodzinnego domu w Kokawie. Krewni i rodzice kochanki Lemańskiego oczywiście nie wiedzieli, że nie pracuje jako asystentka zarządu w dużej firmie budowlanej, lecz jest utrzymanką podstarzałego biznesmena.

Lemański wszedł do mieszkania, za które - razem z rachunkami za prąd i gaz - płacił tysiąc dwieście złotych miesięcznie. Kochanka siedziała zapłakana na kanapie, kryjąc twarz w dłoniach. Alina, wziąwszy się pod boki, stała z gniewną miną obok dziewczyny.

Wyjąkał kilka słów powitania, ale nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo Alina zaczęła krzyczeć. Z pełnej inwektyw przemowy wynikało niezbicie, w jaką rolę wcielała się tym razem - uczciwej, bogobojnej kobiety ze wsi, która nigdy się nie podda i użyje wszystkich możliwych sposobów, żeby uratować swoją siostrę przed ostatecznym pogrążeniem się w bagnie moralnej zgnilizny.

Kochanka, dalej spazmatycznie płacząc, zaczęła się pakować. Alina wrzeszczała, zaś Lemańskiego ogarnęła wściekłość. Zanadto przywykł do uległości wszystkiego, na czym mu zależy. Wyszeptał odpowiednie instrukcje, ale odbiły się od Aliny jak od tarczy. Wtedy, pozbawiony przez złość jakichkolwiek hamulców, ruszył na nią z podniesioną pięścią. Gdy miał uderzyć, uśmiechnęła się miło i położyła dłoń na policzku biznesmena.

Stracił przytomność.

Odzyskał świadomość w toyocie zaparkowanej przed blokiem, w którym wynajmował mieszkanie kochance. Nie musiał wchodzić na górę, żeby się przekonać, że kochanka wyprowadziła się i wróciła do Kokawy. To było oczywiste. Alina wygrała, nie miał co do tego wątpliwości. Włączył silnik, który mimo siarczystego mrozu dał się uruchomić bez zbędnych ceregieli i wrócił do domu.

Potem widywał ją codziennie, co kilka godzin. Wchodziła mu w paradę, przeszkadzała, utrudniała, albo po prostu straszyła swoją obecnością. Wtedy właśnie zaczął wydzwaniać do Mariusza i z przerażeniem w głosie prosić o pomoc.

Zanim Mariusz dotarł do biznesmena, dobrych rad zdążył udzielić Tomasz Frymarczyk. Podawał się Lemańskiemu za człowieka interesu i namawiał do wprowadzenia na rynek nowego modelu wózka, ale poza tym wyglądał i zachowywał tak samo jak Frymarczyk Mariusza. Obrażał biznesmena i traktował z góry, lecz podsuwał tropy pozwalające nieco objaśnić rzeczywistość życia po śmierci. W najbardziej krytycznym momencie, kiedy obecność Aliny stała się nie do zniesienia, powiedział, że Lemański powinien się wyzbyć egoizmu.

Mariusz znów pokiwał głową. Zapalił papierosa. Napił się piwa.

Lemański potraktował tę radę dosłownie, z całą prostodusznością. Od razu ruszył do akcji. Postanowił, że nie będzie szukał następczyni kochanki, którą zabrała mu Alina. Wpłacił zaliczkę na nowy samochód dla żony. Wrócił do kontrahenta, którego próbował oszukać wciskając na siłę wózki po zawyżonej cenie i ubił uczciwy interes, na którym obydwaj będą mogli solidnie zarobić. Zamiast, jak nakazywał wieloletni obyczaj, solidnie opić transakcję w towarzystwie prostytutek, a następnie korzystać z ich młodych ciał, ile wlezie, Lemański wrócił do domu i zdążył jeszcze porozmawiać z Mariettą o studiach dziewczyny. Wypił z żoną dużo słodkiego martini z lodem i odrobiną wódki. Obejrzeli film w telewizji. Późnym wieczorem, lekko pijani, chichocząc głupawo, spustoszyli lodówkę, bo dopadł ich nagły głód. Położyli się do łóżka. Byli zbyt zmęczeni i wypili za dużo, żeby starczyło im sił na seks, ale zasnęli ściśle przytuleni. Podstarzałe ciała lgnęły do siebie bezwładnie, dając wzajemnie spokój i ulgę. Rankiem odprężona i uśmiechnięta żona biznesmena pojechała z matką do rodziny mieszkającej w Bydgoszczy. Lemański był pewien, że przez całą, kilkugodzinną drogę opowiadała o renesansie małżeństwa, które wprawdzie niedawno przechodziło kryzys, ale wyszło z niego wzmocnione.

W ciągu 24 godzin poprzedzających spotkanie z Mariuszem Lemański był grzeczny. Wyzbył się egoizmu, nie używał nadnaturalnej siły woli, żeby podporządkować sobie innych ludzi. Był dobry. I to wystarczyło. Alina, aż do chwili, gdy przywlókł ją za sobą Mariusz - co do przyczyny jej ponownego pojawienia się byli już zgodni - dała Lemańskiemu spokój.

- Jeśli znów nie zanurzysz się w bagnie swojego egoizmu - powiedział biznesmenowi w charakterystycznym dla niego, kwiecistym stylu Frymarczyk. - Alina już nie powróci, a ty będziesz się mógł zacząć pozycjonować jako produkt aspirujący do przenosin na wyższą półkę.

Marketingowy bełkot musiał wywrzeć wrażenie na parającym się produkcją i sprzedażą Lemańskim. Mariusz znów pokiwał głową w podziwie nad zmyślnością Frymarczyka (kimkolwiek - czymkolwiek - był), który, wyjąwszy zamiłowanie do rozbudowanych metafor, potrafił doskonale dobrać argumentację do potrzeb i możliwości słuchacza.

Biznesmen skończył opowieść.
22:14, glodneduchy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 września 2008
Odcinek czterdziesty ósmy, czyli kłopoty po śmierci.
Poddawany takiej indoktrynacji Lemański z wolna odsuwał się od Aliny. Nie spotykali się już tak często, nie zapraszał jej do siebie w każdą niedzielę na wystawny obiad. Gdy wyznała przypadkiem, że nie lubi złotej biżuterii, nie odzywał się do niej przez tydzień. W końcu, po kilku miesiącach ciężkiej i wytrwałej pracy rodziców Lemańskiego, stało się to, na co liczyli: ich Krzyś spotkał się z inną dziewczyną, córką znajomych groszorobów. Potem z kolejną, i jeszcze następną, aż niepostrzeżenie wcielił w życie ideał rozszalałej młodości, który z taką cierpliwością przekazywał mu ojciec.

Alina z początku nie dostrzegła niebezpieczeństwa, a gdy się zorientowała z pomocą niezawodnych w takich sytuacjach przyjaciółek, było już za późno. Lemański zasmakował w wielości doznań i nie zamierzał z niej rezygnować.

Alina zdobyła - tu również pomogły koleżanki - niepodważalne dowody. Zobaczyła, jak wczesnym wieczorem Lemański wchodzi do hotelu „Patria" z młodą kobietą. Byli ciasno objęci. Jego dłoń spoczywała pewnie na pośladkach partnerki, opiętych ściśle krótką, różową spódniczką. Alina wróciła do domu i całkiem zwyczajnym tonem powiedziała matce, która krzątała się w kuchni, że ma ochotę na długą, gorącą, odprężającą kąpiel. Ojciec zastygł przed ekranem czarno - białego telewizora, wpatrzony w piłkarski mecz. Gdy po godzinie i trzydziestu minutach zabrzmiał ostatni gwizdek i ojciec zapukał do drzwi łazienki, było za późno. Alina napełniła wannę gorącą wodą i przecięła żyły na nadgarstkach. Umarła w ciszy i samotności.

Od tego wieczora aż do swojej śmierci Lemański nie zaznał spokoju.

Szybko skojarzył datę i porę dnia śmierci Aliny ze swoim skokiem w bok. Nikt wprawdzie wprost go o nic nie obwiniał, ale i tak stał się wcielonym wyrzutem sumienia. Skończył studia i założył z kolegą z roku warsztat produkujący dziecięce wózki. Biznes rozrastał się z początku dość opornie, bo kiełkującą przedsiębiorczość trzymał w ryzach socjalistyczny system gospodarczy. Warsztat rozkwitł na żyznej glebie kapitalizmu i przeistoczył się sporą fabrykę. Ożenił się z kobietą z kasty dorobkiewiczów, córką dentystki i właściciela warsztatu samochodowego. Urodziła się Marietta. Miewał kochanki, ale był na tyle dyskretny, że jego żona nie tylko przed nim, ale nawet przed sobą mogła udawać, że się nie domyśla ich istnienia. Startował w wyborach do rady miasta, lecz bez powodzenia.

Myśl o krzywdzie, którą wyrządził Alinie, towarzyszyła dyskretnie każdemu przedsięwzięciu Lemańskiego. Wyrzuty sumienia dopadały go, nawet po latach, w najmniej spodziewanych momentach. Zastygał nad warsztatem, milkł niespodziewanie podczas negocjacji z klientem, zamyślał się i ignorował żonę, zapominał o spotkaniach z kochankami.

Wracając od jednej ze swoich dziewczyn zasnął za kierownicą, a gdy się obudził pędząc ulicą Jagiellońską, zobaczył przed sobą maskę ogromnej ciężarówki. Zdołał ją ominąć nie tyle dzięki refleksowi, ile za sprawą odruchu, gwałtownego skurczu ramion i dłoni zaciśniętych spazmatycznie na kierownicy. Strach przed zderzeniem z ogromnym TIR-em dołączył do wyrzutów sumienia i dręczył go do końca życia. Pojawił się także po śmierci Lemańskiego. Wtedy też powróciła - już dosłownie - Alina.

Z początku jej obecność nie była zbyt dolegliwa. Pierwszy raz Lemański zobaczył Alinę na przejściu dla pieszych, gdy mijał swoją toyotą skrzyżowanie ulic Nowowiejskiego i Sobieskiego. Szła w kierunku Urzędu Wojewódzkiego i nawet na niego nie spojrzała. Gdy ustąpił pierwszy szok, uznał, że się po prostu pomylił, że kobieta, która właśnie przedefilowała przed maską samochodu tylko łudząco przypominała niespełnioną  miłość jego życia, choć podobieństwo było rzeczywiście niezwykłe.

To była jednak tylko uwertura. Alina pojawiała się tym częściej, im chętniej Lemański używał nadnaturalnie wybujałej woli.

Słysząc tę część opowieści biznesmena, Mariusz ze zrozumieniem pokiwał głową i głośno przepłukał usta „Żubrem". Natężenie obecności smagłego dręczyciela w jego pośmiertnej egzystencji również było ściśle sprzężone z ekspansją woli.

Alina nawiedziła Lemańskiego na przykład w roli sekretarki kontrahenta, właściciela ogólnopolskiej sieci sklepów dla młodych rodziców, w którego biurze załatwiali interesy. Szepcząc rozkazy zmusił go przyjęcia potężnej partii wózków ze swojej fabryki. Kontrahent natychmiast przystał na te warunki. Zgodził się też zapłacić więcej, niż kiedykolwiek. Lemański położył przed nim dwa egzemplarze przygotowanej wcześniej umowy. Właściciel sklepów zaproponował kawę z koniakiem, żeby rozluźnić atmosferę po zakończonych już negocjacjach, zanim ostatecznie dopełnią formalności i złożą podpisy na dokumentach. Przyniosła ją Alina. Lemański zamarł. Alina zerknęła na leżącą przed szefem umowę, szepnęła mu coś do ucha i wyszła. Kontrahent Lemańskiego chrząknął, przełknął niewielki łyk kawy i rozkaszlał się głośno. Wytarł usta jedwabną chusteczką i zaproponował, żeby spotkali się za kilka dni, bo musi jeszcze przemyśleć kilka istotnych kwestii związanych z tak dużym i ważnym przedsięwzięciem. Lemański nie protestował, ani nie próbował sprawdzać, czy siła jego woli jest w stanie konkurować z poleceniami Aliny. Był zbyt zaskoczony jej widokiem.
20:58, glodneduchy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 września 2008
Odcinek czterdziesty siódmy - Alina.
Była jego miłością z czasów studenckich. Poznał Alinę, gdy uczył się na wydziale elektrycznym Politechniki Częstochowskiej. Ona zaś brnęła cierpliwie i skutecznie przez Wyższą Szkołę Pedagogiczną, gdzie magistrzy i z rzadka doktorzy (uczelnia w tych dość już dawnych czasach dopiero krzepła) pomagali jej posiąść wiedzę o nauczaniu początkowym.

Rodzice Aliny pracowali w przędzalni czesankowej „Elanex" i mieszkali w spółdzielczym bloku w centrum miasta. Rodzina Mariusza trudniła się hodowlą kwiatów w szklarni i miała dom na Stradomiu, który po śmierci rodziców odziedziczył biznesmen.

Mariusz pokiwał głową. Przestał się dziwić, dlaczego jeden z najbogatszych częstochowian mieszka w socjalistycznym klocku z pustaków.

Gdy majętni jak na owe czasy rodziciele Lemańskiego zorientowali się, że Alina zamierza zostać żoną ich Krzysia i zdobyć w ten sposób prawa do wyrosłej pod folią małej fortuny, zaczęli ją synowi ze wszystkich sił obrzydzać.

Nie była pięknością, to prawda, ale nie brakowało jej uroku: miała szare włosy, ale zarazem szare, ogromne oczy, była szczupła, właściwie chuda, lecz natura obdarzyła ją pokaźnym biustem.

W oczach rodziców Lemańskiego pogrążył ją jednak brak jakiegokolwiek posagu.

Ojciec i matka nie przystąpili do frontalnego ataku, co było taktyką niezmiernie ryzykowną. Lemański, jak każdy pulsujący hormonami młody mężczyzna, mógł się zbuntować, rzucić studia, uciec do innego miasta. Mógł się pozwolić sprowadzić na manowce wybujałym emocjom. Nie, nie popełnili tego błędu. Postawili na strategię długotrwałego nękania. Zapraszali Alinę na obiad i jakby mimochodem, delikatnie wypytywali o rodziców. Spuszczała głowę i niepewnie obracała w palcach złoty widelec. Nie była zbyt wylewna. Starała się odpowiadać wymijająco i zazwyczaj zmieniała temat, na przykład pytając panią domu o przepis na rosół. Jednak nawet z tych szczątkowych elementów w umyśle Lemańskiego kiełkował powoli dość spójny obraz: Alina wychowała się w biednej rodzinie.

Jej rodzice przywędrowali do Częstochowy ze wsi, ojciec spod Olkusza, matka spod Kielc i mimo awansu społecznego, jaki dała im praca w przędzalni, byli po prostu napływową siłą roboczą, wywabioną z włościańskich pieleszy obietnicą lepszego życia. Rodzice Lemańskiego uważali się za mieszczan, niemal patrycjuszy i takie też przekonanie wpoili swojemu Krzysiowi, choć nimi oczywiście nie byli. Przodkowie biznesmena wywodzili się ze śląskich wsi.

Próbowali odciągnąć swojego syna od Aliny dając mu porównanie.

Wśród ludzi im podobnych, innych hodowców kwiatów, sklepikarzy, właścicieli warsztatów szewskich, czasami lekarzy (ale koniecznie z prywatną praktyką), panował zwyczaj organizowania cotygodniowych bachanaliów suto zakrapianych alkoholem. Rolę gospodarza za każdym razem przejmował kto inny, według nigdzie nie spisanej, lecz ściśle przestrzeganej kolejności. Oprócz chęci ulżenia sobie po całotygodniowej walce o pieniądze w niesprzyjającym ekosystemie socjalistycznej gospodarki, frekwencja podczas tych imprez była zawsze wysoka z jeszcze jednego powodu: częstochowskie groszoroby urządzały nieustanne targowisko próżności. Składając wizyty zarazem sprawdzali, czy w domach ich najlepszych i jedynych przyjaciół przybyło dóbr. Jeśli tak, wściekle zazdrościli i starali się nie zostać w tyle.

Właśnie wtedy Lemański zapadł na nieuleczalną miłość do złota.

Rodzice zaczęli go zabierać do domów, w których mógł spotkać dorastające lub dorosłe, ale ciągle jeszcze samotne córki znajomych dorobkiewiczów. Godzili się, żeby pił w ich obecności wódkę, o czym wcześniej nie było mowy. Gdy już wyraźnie widzieli skutki działania alkoholu, starali się zaaranżować rozmowę z gospodarzami i ich córką. Potem zaś manewrowali w taki sposób, żeby jak najdalej odciągnąć rodziców dziewczyny.

Po deblu nadchodził czas na grę pojedynczą.

Matka Lemańskiego jakby mimochodem rzucała krótkie, deprecjonujące Alinę uwagi. Krytykowała strój, fryzurę, wychwytywała wszystkie, na ogół dość drobne niedostatki urody: lekko zgarbione plecy, trochę za duże stopy, niezbyt czystą cerę, nieco krzywy zgryz. Punktowała niczym wytrawny bokser. Lemański dostawał nieustannie komunikaty składające się w jedno wielkie przesłanie - Alina nie jest pięknością.

Ojciec Lemańskiego wybrał drogę okrężną. Nagle zaczął podkreślać równoprawną relację, która łączy niemal dorosłego syna z ojcem w sile wieku. Wspólne naprawianie podrasowanego, choć już dość wiekowego audi nie przypominało lekcji udzielanej przez surowego i wymagającego nauczyciela, jak do tej pory, lecz konsylium z udziałem dwóch szanujących się profesjonalistów. Ojciec nie korygował jego opinii o piłce nożnej, nie strofował podczas rozmów o polityce. Przestał udowadniać swoją wyższości na jakimkolwiek polu. Czekał za to na chwile rozluźnienia, męskiego, niewymuszonego poczucia wspólnoty i wtedy delikatnie doradzał.

- Młodość musi się wyszumieć - mówił kiwając głową i z namysłem marszcząc brwi, jakby sam był autorem tego banału.

Następnie szły w ruch kolejne komunały. Mężczyzna ma swoje potrzeby; mężczyzna musi zaznać wielu kobiet, żeby dojrzeć; mężczyzna potrzebuje wolności; mężczyzna nie może pozwolić, żeby rządziła nim kobieta. Nie odnosił tych prawd ogólnych bezpośrednio do związku swojego Krzysia z Aliną, ale wygłaszał je na tyle często i na tyle nienachalnie, że Lemański dość naturalnie je przyswoił i przyjął w swoich rozumowaniach za pewnik.
19:06, glodneduchy
Link Komentarze (1) »
środa, 10 września 2008
Odcinek czterdziesty szósty. Żartów ciąg dalszy.
Mariusz podjął rękawicę i także przeskoczył stół, ale bez salta. Zawisł na żyrandolu, trzymając się jedną ręką i kołysząc się z małpią gracją. Wolną dłonią wyciągnął paczkę papierosów, ustami wyjął z niej jedną sztukę, schował paczkę, odpalił papierosa od żarówki, która na krótką chwilę rozżarzyła się prawdziwym płomieniem. Wisiał, bujał się i rozsnuwał wokół siebie kłęby dymu.

Biznesmen zamknął oczy i zaszeptał. Wózek zniknął, Lemański opadł na podłoże, ale nie na podłogę, bo ta zdążyła się już zamienić w plażę. Biznesmen przyoblekł się we wzorzyste bermudy, pokrył opalenizną, w jego ustach pojawiło się cygaro, a w dłoni drink z parasolem. Wyglądał jak latynoski gangster podczas wakacji.

Mariusz saltem sfrunął z żyrandola i wylądował stopami w eleganckich, czarnych lakierkach. W ciemnym garniturze, białej koszuli i krawacie - śledziu przypominał teraz do złudzenia taniego, ale ambitnego bandziora z amerykańskich filmów. Wizerunek ten podkreślał jeszcze łańcuch z grubych ogniw, który zawisł na jego szyi oraz błyszczące na palcach pierścienie. Nie musiał się też pozbawiać przyjemności palenia. Papieros doskonale pasował do cynicznego mordercy i oszusta, jakiego odgrywał Mariusz.

Lemański zareagował z finezją, która Mariusza zaskoczyła. Najpierw uniósł się z ziemi nie zginając nóg, ani nie podpierając się dłońmi, niczym wampir wynurzający się z trumny. Następnie, kiedy plaża odeszła już w niebyt, usiadł na sfatygowanym krześle, które stanęło tuż pod jego pośladkami. Bermudy zniknęły, pojawił się mundur polskiego policjanta. Pojawiło się też stare, sfatygowane biurko, a na nim maszyna do pisania pamiętająca lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Patrząc ze znużeniem na Mariusza - gangstera stukał w klawisze placem wskazującym prawej ręki. Krzesło, na którym siedział Lemański, skrzypiało cicho i uporczywie.

Mariusz uśmiechnął się z uznaniem i nawet skłonił przed biznesmenem głowę, ale nie zamierzał składać broni, choć musiał się w końcu pozbyć papierosa. Naprzeciwko biurka biznesmena pojawiła się parlamentarna mównica. Mariusz, ubrany w nienaganny garnitur, oparł się o nią i pochylił agresywnie w stronę policjanta - Lemańskiego. Pogroził mu palcem z poważną, pełną godności miną zawodowego polityka.

Biznesmen podniósł niedowierzająco lewą brew i uniósł w górę otwarte dłonie gestem pojednania. Biurko zniknęło, rozległy się pulsujące dźwięki reggae, on sam zaś zyskał od razu długie dredy oraz barwny, włóczkowy beret. Kołysząc się, leniwym gestem podał skręta stojącemu na mównicy Mariuszowi - politykowi.

Ten zaś patrzył bezmyślnie na marihuanę, a gdy się ocknął, szybko coś wyszeptał i zamknął oczy. Mównicy już nie było, on natomiast siedział w pozycji lotosu na wzorzystym dywanie. Dokładnie wygolona skóra na głowie odbijała światła żyrandola. Przymknięte oczy nie widziały tlącego się jointa. Dłonie stykały się kciukami. W powietrzu wibrowała mantra.

Biznesmen zaciągnął się dymem marihuany. Wydmuchując go oparł się mocno na pastorale. U swoich stóp złożył wielki, czerwony worek. Poprawił fałdzistą, pełną zakamarków czerwoną szatę. - Ho, ho, ho - powiedział z wyraźnym amerykańskim akcentem i zaczął grzebać w worku, popatrując spod siwych, krzaczastych brwi na Mariusza.

Przed Lemańskim stanął czerwony dystrybutor coca - coli. Po chwili wychynął zza niego Mariusz, ubrany w mundurek łączący różne elementy strojów noszonych przez sprzedawców w najpopularniejszych sieciowych fast - foodach. W lewej dłoni trzymał tacę z górą upieczonych kurzych nóg, w prawej paterę ze stosem bułek przełożonych kawałami mięsa. Na przemian podsuwał naczynia biznesmenowi i lekko nimi kołysał, żeby najskuteczniej wydobyć z potraw aromat.

Lemański zniknął. Z podłogi wystrzeliła po sufit przysadzista, dorodna jabłoń, która urodziła jeden owoc, kołyszący się łagodnie na samym szczycie soczystozielonej korony. Obok czerwonego jabłka, zza zasłony szemrzących liści, wychynął brązowy łeb węża. Mariusz natychmiast rozpoznał w nim biznesmena. Może głowa gada była w trudno uchwytny sposób ukształtowana na podobieństwo twarzy biznesmena? A może po prostu Mariusz się domyślił („skoro jest jabłoń, musi być wąż, a człowiekowi jednak bliżej do gada, niż do rośliny") w jakim kierunku pójdzie metamorfoza Lemańskiego? Wąż wbił zęby w jabłko. Po gładkiej powierzchni owocu spłynął na podłogę sok. Zerwał jabłko i podał je Mariuszowi.

Ten już wyciągał rękę, już niemal dotykał jabłka, zahipnotyzowany pomysłowością Lemańskiego, lecz w ostatniej chwili jednak cofnął dłoń. Zdał sobie sprawę, że prawie dał się pokonać biznesmenowi, bo nie jest zbyt mocny w sprawach mitologiczno - metafizycznych. W bitwie, w której piechotą morską i lotniskowcami była wyobraźnia, wolał stosować broń konwencjonalną. Jego skojarzenia trzymały się rzeczywistości najbliższej, najłatwiej dostępnej: fizycznej, albo telewizyjnej. Zamiast silić się na kontratak z wykorzystaniem arsenału biblijnego, postawił na nisko latające rakiety ziemia - ziemia.

Okazało się nagle, że jest ubrany w biały fartuch, stoi za nieco sfatygowaną, ale czystą ladą osiedlowego sklepiku, bierze od węża jabłko, kładzie je na nieco archaicznej wadze i mówi:

- Osiemdziesiąt pięć groszy.

 Biznesmen powrócił do swojej prawdziwej postaci.

- Chyba skończymy tę zabawę - powiedział.  - Zaczyna się pan powtarzać. Znów wcielił się pan w sprzedawcę.

Wedle samczych reguł rywalizacji, nawet tak łagodnej i prowadzonej w żartobliwy i przyjazny sposób, w Mariuszu powinna zagrać ambicja. Lemański zasugerował przecież, choć, co prawda, uczynił to raczej mało agresywnie, ale jednak wyraźnie, że czuje się zwycięzcą w tej potyczce. Mariusz czuł, że biznesmen góruje nad nim pomysłowością, więc lekceważąco wzruszył ramionami i zaproponował kolejnego „Żubra". Taki gest i propozycja pozwalały mu zachować godność. Nie były tożsame z jednoznacznym przyznaniem się do klęski i jednocześnie pozwalały biznesmenowi odczytać je zgodnie z własnymi intencjami. Lemański mógł zatem brnąć dalej w testosteronową awanturę, albo stwierdzić, że Mariusz podporządkował się jego interpretacji i wypić piwo.

Ku ogromnej uldze Mariusza zaniechał dalszej walki i zniknął w kuchni. Wrócił z kolejnymi „Żubrami". Przyniósł też następne kufle, bo te, z których pili w pierwszej części wieczoru, zawieruszyły się podczas popisów wyobraźni. Milcząc gasili pragnienie. Znów czuli działanie alkoholu, neutralizowane wcześniej wysiłkiem fizycznym i adrenaliną towarzyszącą rywalizacji.

Mariusz przypomniał sobie o właściwym celu wizyty.

- Niech pan wybaczy, że zapomniałem o pierwszym terminie spotkania - powiedział. - Bardzo się pan bał dzwoniąc do mnie. Co się stało?

- Nic nie szkodzi - odparł biznesmen. - Na szczęście już nic mi chyba nie grozi, choć wizyta Aliny trochę mnie zaniepokoiła. Nie powinno jej tu być. Już nie.

- Może ten smagły człowiek przyszedł z mojego powodu, a w pana trafiło tylko rykoszetem? - zamyślił się Mariusz.

- Niewykluczone - z wyraźną ulgą podchwycił Lemański. - Zgodnie z tym, co powiedział mi Frymarczyk, nie powinna mnie już dręczyć - podkreślił ponownie.

Mariusz zdziwił się, bo uznał, że smagły dręczyciel (albo jego odpowiedniki) jest równie trwałym składnikiem życia po śmierci, co zwielokrotniona siła woli.

- A dlaczego miałaby się już nie pojawiać?

Biznesmen spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Pytał pan, czy jestem już po uświadamiającej rozmowie z Frymarczykiem, więc doszedłem do wniosku, że jest pan wtajemniczony co najmniej w takim samym stopniu, jak ja. Ale chyba się myliłem.

Lemański rozsiadł się wygodniej. Zapalił papierosa, którego nie pytając o zgodę wyciągnął z paczki należącej do Mariusza.

- Niech pan mówi - ponaglił Lemańskiego.

Biznesmen bez dalszej zwłoki zaczął opowiadać, bo już wystarczająco nasycił się zniecierpliwieniem Mariusza.

- Widzi pan - rozpoczął i zaciągnął się głęboko dymem z czerwonego „Marlboro". - Widzi pan, ja zawsze miałem wobec kobiet poczucie winy, które pierwszy raz wzbudziła we mnie Alina.

22:29, glodneduchy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 września 2008
Odcinek czterdziesty piąty, czyli nieprawdopodobne żarty.
Do salonu weszła Marietta niosąc połyskliwą, złotą tacę z wędlinami, masłem, pokrojonym chlebem i ciastem. Postawiła ją na stole, pochyliła się i rozstawiła wiktuały. Mariusz wpatrywał się w jej dekolt i dostrzegł pod bordową bluzką duże piersi w czarnym staniku. Marietta była szczupła, miała długie, gęste, ciemne włosy, pełne usta, wąski nos, lekko przydymioną cerę, jasne oczy. Wyglądała jak przedwojenna arystokratka, tak też się poruszała, płynnie, pewnie, z nienachalną gracją. Wyszła nie powiedziawszy słowa. Mariusz rzucił się na jedzenie. Nie tylko po to, żeby ukoić dojmujący głód, chciał także uniknąć jakichkolwiek rozmów z Lemańskim - dopóty, dopóki nie opanuje emocjonalnego rozgardiaszu, który wywołała obecność Marietty. Jego przesiąknięty już nieco alkoholem mózg produkował emocje, jakich Mariusz nie doświadczał od lat, od czasów szczenięcych zadurzeń i młodzieńczych zauroczeń. Jego trzydziestoczteroletnie ciało przechodziły dreszcze.

- Przechodzą mnie dreszcze - myślał i nie wierzył, że doznaje tych uczuć. Myślał do tej pory, że umierają po przekroczeniu progu młodości, a jeżeli nawet przetrwają, to najwyżej na kartach infantylnych romansów. Jadł przyniesione przez Mariettę produkty, które smakowały mu niezwyczajnie. Nie tylko uśmierzały głód, lecz były zarazem darem. Mariusz pochłaniał je w lekkim uniesieniu, bo dotykał ustami tego, czego ona dotykała przed chwilą dłońmi. Wyobrażał sobie subtelne, ledwo wprawdzie uchwytne, ale tym bardziej ekscytujące, erotyczne niemalże porozumienie, jakie między nimi zaistniało. Pod wpływem Marietty przedzierzgnął się w zakochanego nastolatka, przytłoczonego hormonalną nawałnicą.

Skończył jeść. Opróżnił kufel. Pogrążony marzeniach, na coraz bardziej wyraźnym rauszu powoli tracił kontrolę. Pozwolił, żeby piwo na niego działało, a im bardziej czuł jego wpływ, tym odleglejsza stawała się myśl, żeby poskromić alkohol. Pusty kufel ponownie wypełnił się złocistym płynem, choć nie prosił o dolewkę Lemańskiego, piwa nie przyniosła Marietta, wreszcie on sam także nie zanurzył się w nieznanych czeluściach domostwa biznesmena i nie obsłużył się samodzielnie. Złamał za to daną sobie obietnicę (który to już raz?), zgodnie z którą w pobliżu Lemańskiego powinien zrezygnować z możliwości, jakie daje nadnaturalna siła woli. „Żubr" pojawił się w kuflu, bo tego chciał, po prostu.

Zerknął na biznesmena z nadzieją, że tamten niczego nie zauważył, ale Lemański przerwał żucie i patrzył na niego rozbawiony. Nagle wyskoczył w górę, saltem ominął stojący przed nim stół i wylądował w ogromnej imitacji dziecięcego wózka, która nie wiadomo skąd pojawiła się na środku pokoju.

Mariusz pojął natychmiast, że biznesmen, tak samo przecież wyposażony w niezmierzone pokłady nadnaturalnie silnej woli, przekomarza się z nim jak facet z facetem przy piwie. Zamiast przechwałek dotyczących pracy albo podbojów seksualnych, postanowił się z nim zmierzyć w konkurencji niemożliwej za życia: w żartobliwym czynieniu rzeczy nieprawdopodobnych. Dla podkreślenia infantylności tej zabawy, interpretował pracowicie Mariusz, zaczął od dziecięcego wózka, który jest zarazem elementem stale obecnym w jego rzeczywistości, pierwszym możliwym dla Lemańskiego skojarzeniem.
22:41, glodneduchy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 września 2008
Odcinek czterdziesty czwarty - Marietta.
Pokój na pierwszym piętrze pełnił funkcję salonu. Stała w nim ogromna, skórzana kanapa. Świecący brąz obicia nie wystawiał najlepszego świadectwa gustowi gospodarza. W podobnie złym stylu były mosiężne, ogromne klamki, które obdarzony osobliwą wyobraźnią rzemieślnik ukształtował na podobieństwo foczych łap. Dobrze dostosowywał się do tego gustu żyrandol, na który składały się setki odbijających światło kryształów, obramowanych złoceniami. Kryształowe naczynia wypełniały też półki szafy wyposażonej - a jakże - w złote okucia. Siadając na kanapie Mariusz usłyszał delikatne skrzypienie. Dźwięk ten wydawało obicie, więc domyślił się, że to, co na pierwszy rzut oka robiło wrażenie skóry, tak naprawdę jednak nią nie jest. Lemański przyniósł dwa „Żubry" i przelał je do kufli ze świecącymi, imitującymi złoto uchwytami. Zanurzył się obok Mariusza w skrzypiącej otchłani kanapy, upił spory łyk i westchnął głęboko.

- Niech pan się też napije - poprosił.

Mariusz spełnił życzenie i odetchnął z ulgą. Przymknął oczy i próbował zebrać myśli.

- Moja dręczycielka Alina jest także pana prześladowcą - zagaił biznesmen z nosem ukrytym w kuflu. Jego głos brzmiał, jakby dobywał się z jakiejś czeluści.

- Był tu mój prześladowca, ale on nie jest pańską Aliną - sprecyzował Mariusz. 

- A kto pana prześladuje?

Mariusz wytłumaczył mu najdokładniej, jak potrafił. Lemański pokiwał głową.

- Rozumiem - powiedział. - Ale nie pojmuję, dlaczego ta sama złowroga siła manifestuje się w dwóch różnych postaciach.

- Pan też ma już za sobą porcję dobrych rad od Frymarczyka? - domyślił się Mariusz.

- Owszem - uśmiechnął się biznesmen. - Ale proszę powiedzieć, co pan o tym sądzi.

- Myślę, że rozwiązanie jest proste. Nasz dręczyciel ma tę samą naturę, ale objawia się nam na różne sposoby, żeby jak najlepiej wstrzelić się w nasze indywidualne lęki. Gdyby moje dzikie przerażenie budziły różowe, pluszowe słonie, to właśnie taki stwór próbowałby sforsować pańską furtkę.

- Ma pan rację - pokiwał głową Lemański i chciał rozwinąć swoją myśl, ale przerwał mu młody, kobiecy głos - ten sam, który Mariusz już słyszał stojąc przy wejściu.

- Tato?

Biznesmen prychnął niecierpliwie i głos natychmiast zamilkł.

Mariusz opróżnił już połowę kufla. Zaczął się nagle zastanawiać, jaką drogę przeszedł do tej pory Lemański, jak wyglądało jego życie po śmierci. Z poprzednich rozmów pamiętał, że moc biznesmena także zaczęła się wzmagać, nie wiedział jednak, na ile się rozrosła. Zastanowiło go też, czy Lemański może go opętać i podporządkować swojej woli.

Biznesmen patrzył na niego spod oka. Mariusz domyślił się, że nie daje mu spokoju ta sama myśl. Nie miał jednak pewności, Lemański nie podlegał wszak jego zachciankom.

- Może pan, jest pan w stanie... To znaczy... - zaczął biznesmen, ale nie wiedział, jak dokończyć.

- Nie mogę sobie pana podporządkować - odparł natychmiast Mariusz, wdzięczny Lemańskiemu za odwagę. Biznesmen uśmiechnął się z ulgą.

- Ja też nie mogę panu nic nakazać.

Mariusz przyjaznym gestem stuknął kuflem w naczynie Lemańskiego i dopił resztę piwa. Biznesmen opróżnił swój kufel i poszedł po kolejnego „Żubra". Tym razem Mariusz nie nałożył na siebie ograniczeń, więc poczuł się przyjemnie pobudzony i zarazem rozluźniony wypitym alkoholem. Rozparł się wygodnie na kanapie, która zaskrzypiała rozpaczliwie. Poczuł głód. Biznesmen wrócił z napełnionymi kuflami.

- Proszę mi wybaczyć, że tak bez zbędnych wstępów - powiedział Mariusz, zanim Lemański zdążył się obok niego wygodnie usadowić. - Ale czy mógłby mnie pan poczęstować czymś do jedzenia?

Biznesmen roześmiał się głośno.

- Co pana tak rozśmieszyło? - zapytał Mariusz.

- To musi być jednak dość nieprzyjemne, takie, jakby to ujął informatyk, cofnięcie uprawnień, prawda?

- Nie rozumiem?

- Przyzwyczaił się pan do natychmiastowego spełniania życzeń. Jeśli był pan głodny, jedzenie pojawiało się natychmiast; takie potrawy, na które miał pan ochotę. Teraz, goszcząc u mnie, nie może pan korzystać ze swojej mocy, bo jej nie podlegam, ale tak pan przywykł do spełniania zachcianek, że nie może się powstrzymać, nawet, jeżeli musi się pan uciec do sposobów, do których jeszcze niedawno by się pan nie zniżył.

Mariusz trawił przez chwilę tę informację i w końcu musiał przyznać biznesmenowi rację. Podczas całego, ponad trzydziestoletniego życia przed śmiercią, będąc u kogoś z pierwszą wizytą, nigdy nie zażądał posiłku. Choć był dodatkowy element, o którym Lemański nie wiedział: złożona w duchu postanowienie o wstrzemięźliwości w korzystaniu z nadnaturalnej siły woli w jego obecności.

- Marietta! - zawołał Lemański przerywając zadumę Mariusza. - Marietta! Zrób nam kolację. To moja córka - dodał w odpowiedzi na pytające spojrzenie i uniesioną brew Mariusza. - Chyba panu o niej opowiadałem, studiuje prawo.

Mariusz skinął głową zastanawiając się, dlaczego biznesmen i jego żona wybrali dla swojej córki tak nietypowe, rzadko spotykane imię. Biorąc pod uwagę gust, wedle którego urządzono dom, znaleźli je pewnie w jakimś romansidle stylizowanym na arystokratyczną sagę, która rozgrywa się w sferach przedwojennej arystokracji, pomyślał Mariusz.
22:32, glodneduchy
Link Komentarze (1) »
środa, 03 września 2008
Odcinek czterdziesty trzeci. Wspólny wróg.
Lemański mieszkał na Stradomiu, w dzielnicy jednorodzinnych domków i nie istniejących już koszar, które zmieniły się w szkołę dla strażaków z całej Polski. Dzielnicy ulic noszących imiona ważnych władców z przeszłości, ale pozbawionych chodników i asfaltu; dzielnicy ulic, które podczas każdego większego deszczu zmieniały się w pojezierza kałuż; dzielnicy średniozamożnych mieszkańców, którzy wprawdzie byli posiadaczami domów, lecz zbudowali je albo niemal chałupniczymi metodami, albo odziedziczyli po równie niezamożnych rodzicach. Mariusz był zatem nieco zdziwiony, że dom „znanego biznesmena, jednego z najbogatszych częstochowian" (jak pisano o nim w gazetach po śmierci) stoi właśnie w tej  części miasta.

Pod wskazany przez Lemańskiego adres zawiozła go taksówka. Gdy samochód się zatrzymał, Mariusz zapytał kierowcy, czy na pewno znaleźli się we właściwym miejscu. Dom biznesmena wyglądał jak klasyczny klocek wybudowany w latach osiemdziesiątych z ukradzionych z jakiejś socjalistycznej budowy pustaków, a nie jak willa majętnego producenta wózków dziecięcych.

Okazało się, że taksówkarz dobrze zna swój fach i nie pomylił adresu.

Obok domostwa Lemańskiego  biegła wąska, szutrowa droga, która kończyła się kilkadziesiąt metrów dalej przy nowoczesnej hali ze stali i szkła, obrośniętej niczym hubą mniejszymi budynkami. Mariusz domyślił się, że tam właśnie odbywa się produkcja wózków.

Lemański hodował na podwórku muskularnego dobermana. Pies gryzł wściekle klamkę z drugiej strony furtki, rzucał się z impetem na ogrodzenie i szczerzył zaślinione kły. Nie szczekał, ale ryczał głosem mało przypominającym ujadanie, przywodzącym raczej na myśl dźwięki wydawane w filmowych horrorach przez wilkołaki.

Mariusz z lękiem wyciągnął dłoń, żeby nacisnąć przycisk dzwonka, co jeszcze bardziej rozsierdziło dobermana. Pies dyszał furiacko, ślina spływała mu z pyska na ziemię. Mariusz zadzwonił jeszcze raz, doberman wyskoczył w górę i zdołał przednimi łapami zahaczyć o szczyt ogrodzenia, ale na szczęście - i zgodnie z psią naturą - nie potrafił się na nich podciągnąć. Mariusz mógłby wprawdzie użyć swojej nadnaturalnej woli i odstraszyć monstrum, lecz obiecał sobie, że dopóty, dopóki będzie mógł powstrzyma się od takich ingerencji w rzeczywistość, jeśli gdzieś w pobliżu będzie Lemański. Miał przecież za sprawą biznesmena okiełznać egoizm, a nie folgować swoim żądzom tak, jak czynił to ostatnio. Poza tym i tak nie miałoby to sensu, bo biznesmen wymknął się spod jurysdykcji zachcianek Mariusza.

Wreszcie w drzwiach zazgrzytał klucz. Lemański ostrożnie wystawił głowę i mrużąc oczy wpatrywał się w postać przy furtce.

- To ja, Wadowski - ułatwił mu zadanie Mariusz.

- Niech pan wejdzie - powiedział biznesmen.

- A pies?

- Leż! - wrzasnął Lemański.

Doberman natychmiast posłuchał, już tylko bezgłośnie demonstrował kły. Mariusz minął go ostrożnie, gotów w każdej chwili uskoczyć. Biznesmen zamknął za nim drzwi i zamiast iść w górę widocznymi na końcu małego korytarza schodami, patrzył wyczekująco na Mariusza. W końcu ten zrozumiał, że Lemański hołduje znienawidzonemu przez Mariusza zwyczajowi i każe swoim gościom zzuwać obuwie, zanim pozwoli skorzystać z gościny. Ociągając się zsunął buty i zostawił je na specjalnie do tego celu przygotowanej wycieraczce. Otrzymał w zamian góralskie kierpce. Doberman znów zaczął obsesyjnie ryczeć, bo kolejny raz tego wieczora zadźwięczał dzwonek przy furtce.

Lemański uchylił drzwi i wysunął głowę na zewnątrz. Gwałtownym gestem przywołał Mariusza, który stanął za jego plecami i nad potylicą biznesmena próbował cokolwiek zobaczyć. Przed furtką ktoś stał, ktoś znajomy. Mariusz dopiero po kilku sekundach rozpoznał niespodziewanego gościa - przycisk dzwonka naciskał jego smagły prześladowca. Zerknął na biznesmena, który z nieskrywanym przerażeniem wpatrywał się w słabo widoczną sylwetkę ciemnolicego mężczyzny. Mariusz przypomniał sobie ich rozmowę z Utopii i zrozumiał, że Lemański oprócz swojego Frymarczyka, o którym mu wtedy opowiadał, ma także swego dręczyciela, który jest w dodatku ich wspólnym wrogiem. Odciągnął Lemańskiego od drzwi, zatrzasnął je i podparł plecami. Sygnał dzwonka rozbrzmiewał jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, aż w końcu ścichł, po chwili uspokoił się także pies.

- Pan też zna tę kobietę? - zapytał biznesmen. - Myślałem, że to mój prywatny koszmar.

- Jaką kobietę?

- Tę, która dzwoniła przed chwilą do moich drzwi - Lemański był równie zdziwiony, jak Mariusz.

- Przecież to był mężczyzna.

- Jaki mężczyzna?

- Ten, którego widzieliśmy przed chwilą przed pana furtką.

Zamilkli. Mariusz odkleił się od drzwi i zapalił papierosa. Biznesmen wsunął palce we włosy i zaczął się drapać po głowie.

- Co się dzieje? - dobiegł ich z piętra domu młody, kobiecy głos.

- Nic, nic, już idziemy - odkrzyknął Lemański.

Ale nie opuszczali korytarza przy wejściu. Mariusz uchylił nieco drzwi, bo dym papierosowy zaczął go dusić. Trzymał głowę na zewnątrz i przy okazji monitorował ulicę. Prześladowca zniknął i nie wracał. Biznesmen czochrał się wciąż po głowie i nieco bezwolnie czekał na to, co zrobi jego gość. Mariusz skończył papierosa i uniósł go pytającym gestem do góry. Nie wiedział, gdzie się może pozbyć niedopałka. Lemański machnął półkoliście ręką, dając znak, że jest mu wszystko jedno. Mariusz cisnął płonącym punkcikiem w stronę furtki. Sypiąc iskrami spadł obok dobermana, który zawarczał cicho.

Ruszyli na górę.
22:30, glodneduchy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 września 2008
Odcinek czterdziesty drugi - potop niedogodności.
Obudziwszy się rankiem 23 grudnia zobaczył na stoliku obok łóżka talerz z jeszcze ciepłymi, chrupiącymi bułkami, masło i porcelanowe naczynie wypełnione dżemem. Przeciągnął się, ułożył wygodnie i posmarował bułkę masłem. Nałożył na nią obfitą porcję słodkiej masy. Ugryzł pierwszy kęs i zastygł w zdumieniu, nie poruszając szczękami. Dżem był brzoskwiniowy, a Mariusz nie znosił ani tych owoców, ani jakichkolwiek przetworów z nich sporządzonych. Dżem powinien być wiśniowy, za takim właśnie przepadał i taki chciał dostać na śniadanie. Zrozumiał nagle to, co starał się mu przekazać starszy posterunkowy Frymarczyk na zakończenie ich ostatniej rozmowy. Dżem był brzoskwiniowy, bo Mariusz nie lubił brzoskwiń, to zaś przekonanie (o niechęci do brzoskwiń), ta myśl i zawarta w niej emocja, były równoprawne pragnieniom jasno zdefiniowanym i niosącym pozytywny dla Mariusza efekt. Przeszedł kolejny stopień wtajemniczenia: po wstępnej, w dużej części euforycznej fazie życia po śmierci, nadeszła pośmiertna codzienność, w której równie jaskrawe i rzeczywiste było to, czego nie chciał, jak i to, czego pragnął. Okazało się, że emocjonalna energia o ładunku ujemnym ma siłę sprawczą porównywalną z energią dodatnią. Miesiąc miodowy dobiegł końca. Mariusz będzie musiał stanąć do walki z własnymi fobiami, lękami i strachami, z produkowanymi przez siebie przeszkodami na drodze do zaspokojenia. Dżem brzoskwiniowy w niczym nie ustępuje wiśniowemu.

Mariusz zamknął oczy i wyszeptał, co trzeba. Dżem zmienił smak. Jednak gdy zjadł śniadanie i obok pustego talerza pojawiły się aktualne gazety, zobaczył swojego ciemnolicego prześladowcę w „Rzeczpospolitej" na czołówkowym zdjęciu ilustrującym tekst o prezydencie George'u Bushu, który zapowiadał ostrzejszą i bardziej bezwzględną walkę z islamskimi terrorystami. Wróg Mariusza stał tuż za plecami Busha, jakby był jego ochroniarzem, albo rzecznikiem prasowym - w każdym razie kimś, kto ze względu na pełnioną funkcję ma bezpośredni dostęp do prezydenta.

Zmiął gazetę i włączył telewizor. Pilot leżał wprawdzie poza zasięgiem jego ręki, ale zapragnąwszy nacisnąć odpowiedni guzik, Mariusz pomyślał od razu o kocie. Zwierzak ochoczo wyskoczył spod fotela i kosmatą łapą wdusił właściwy przycisk. Trafił na program informacyjny, który pokazywał reakcję Arabów na oświadczenie prezydenta Busha, nagrane w krajach, gdzie islamski fundamentalizm ma wielu zwolenników. Wśród głośno krzyczących, wąsatych i śniadych mężczyzn Mariusz znów dostrzegł swojego prześladowcę, który oprócz wydawania chrapliwych wrzasków potrząsał też znacząco kałasznikowem.

Mariusz wydał bezgłośne polecenie, kot usiadł na pilocie i obraz zniknął. Mariusz nerwowo zapalił papierosa i zakrztusił się dymem. Papieros miał wyraźnie wyczuwalny smak mięty, a mentolowych przecież nie znosił. I znów musiał zmarnować chwilę na przepoczwarzenie go w zwykłego papierosa marki „Marlboro".

Następnie musiał się zmierzyć z prawdziwą plagą nieprzyjemnych sytuacji. Każda z nich z osobna nie była warta nawet odrobiny uwagi, ale ich nawał i synchronizacja spowodowały, że Mariusz nawet na chwilę nie mógł stracić koncentracji. Naprawiał rzeczywistość bez chwili wytchnienia.

Podrapał się po głowie i dostrzegł pod paznokciami łupież. Poczuł, że plecy swędzą go dokładnie w miejscu, do którego nie dostaje ani prawą, ani lewą dłonią. Kot miauknął mu tuż obok głowy, Mariusz odsunął się gwałtownie i zaklął wściekle. Zwierzak zeskoczył z regału z płytami i książkami pognał do łazienki. Zadzwonił stacjonarny telefon, ale gdy Mariusz przyłożył  słuchawkę do ucha z nieco poirytowanym „halo", odpowiedziała mu cisza. Odszedł od aparatu, który natychmiast znów się rozdzwonił i po podniesieniu słuchawki znowu milczał. Okno w łazience z hukiem się otworzyło. Do mieszkania wdarła się zadymka, a przeciąg, bo okazało się, że drzwi balkonowe też są uchylone, przeciąg pozrzucał ze stołu i stolików różne przedmioty, w tym naturalnie pozostawione po śniadaniu talerz i naczynie po dżemie. Mariusz potknął się o kota, który przestraszył się wiatru hulającego po mieszkaniu i huku spadających na podłogę rzeczy, więc postanowił wrócić z wygania i szukać pomocy u swojego właściciela.

Zbierając resztki potłuczonych naczyń skaleczył się paskudnie w palec. Pod skórą został kawałek szkła na tyle mały, że Mariusz nie potrafił go wyciągnąć, lecz jednocześnie wystarczająco duży, żeby wywoływać pulsujący ból.

Zaparzył kawy - dla uspokojenia nerwów, jakie daje krótkie posiedzenie z parującym kubkiem w dłoni i dla energii, którą daje kofeina. Zasiadł w fotelu, wziął pierwszy łyk, ale nie przełknął gorącego płynu, bo okazało się, że posłodził go zwykłym, białym cukrem, a nie trzcinowym, bez którego smak kawy był dla niego niemal nie do zniesienia. Znów zadzwonił stacjonarny telefon. Mariusz postanowił go tym razem zignorować i z zaciśniętymi zębami czekał, aż wybrzmi ostatni, wiercący mu dziurę w mózgu sygnał. Wreszcie zapadła cisza. Mariusz otworzył zaciśnięte niemal do bólu usta i pokręcił dla rozluźnienia głową ruchem podpatrzonym u zawodowych bokserów. Telefon ponownie zaczął dzwonić. Mariusz wyrwał z gniazdka prowadzące do niego przewody, jednak dźwięk dzwonka nieprzerwanie wibrował w powietrzu.

Wichura rzuciła na szybę w pokoju gołębia, który skręcił kark i w konwulsjach umierał na balkonie, wydając głośne skrzeki zupełnie nie pasujące do ptaka, nawet zdychającego. Przypominały raczej dźwięki wydawane przez cierpiącego małego psa.

Do drzwi dobijali się akwizytorzy handlujący elektrycznymi obieraczkami do marchwi, lampkami przydatnymi pod namiotem i ubezpieczeniami; z zęba wypadła Mariuszowi  plomba, a z szafy pieczołowicie ułożone przez Barbarę t-shirty (na szczycie piętrzącego się na podłodze stosu leżała koszulka z duszkiem Kacperkiem); przestraszony kot wylądował znowu na pilocie od telewizora i włączył go, lecz urządzenie straciło głos, pokazywało poruszającego ustami ciemnolicego dręczyciela Mariusza, który tym razem wcielił się w prezentera wiadomości; gdzieś w dole, na ulicy, po drugiej stronie bloku, rozległ się straszliwy dźwięk rozdzieranego metalu, jakby doszło do potwornego wypadku.

Za każdym razem, niemal bez chwili przerwy, Mariusz musiał kierować przeciw temu potopowi niedogodności wiązkę skoncentrowanej woli. Gołąb ożywał, t-shirty wracały do szafy, telefon milkł, kawa zmieniała smak, kot znów chował się w łazience, okna szczelnie się zamykały, domokrążcy pukali do drzwi sąsiadów, plecy przestawały swędzieć, łupież ustępował, ząb odzyskiwał plombę, w telewizji zamiast smagłego dręczyciela pojawiała się prognoza pogody, która wprawdzie zapowiadała śnieg, mróz i wiatr, ale przedstawiała ją anorektyczna blondynka, a nie smagły dręczyciel. Gazety z wizerunkiem twarzy wroga Mariusza  wywiewało za okno.

Pracował bez wytchnienia, aż nagle przypomniał sobie, że poprzedniego wieczora miał się spotkać z Lemańskim i nie dotrzymał obietnicy. Złapał komórkę i rozpaczliwie rozglądając się wokół siebie w oczekiwaniu na kolejny atak wybrał numer biznesmena. W tym samym momencie nawałnica nieprzyjemnych sytuacji ustała. Lemański wprawdzie odebrał telefon dość szybko, Mariusz nie musiał czekać dłużej, niż kilkanaście sekund, ale w tym właśnie czasie zdążył zrozumieć, że szansa, o której mówił mu Frymarczyk, musi się wiązać właśnie z Lemańskim, bo tylko on nie podlega jego woli i zarazem jest człowiekiem. Martwym jak kołek w płocie, ale człowiekiem. Mariusz musi przekroczyć granice getta wyznaczone przez jego egoizm, jak to określił policjant, a na drugą stronę przeprowadzi go właśnie biznesmen.

- Tak? - usłyszał po drugiej stronie.

Lemański nie miał pretensji do Mariusza. Był wyraźnie ucieszony jego telefonem. Zaprosił go do domu. Mariusz obiecał, że dotrze do domostwa biznesmena najdalej za godzinę.

- Zdążę kupić kilka „Żubrów" - powiedział Lemański.

Mariusz najpierw chciał zaprotestować, bo za życia hołdował zasadzie, by dzień po pijaństwie zawsze rezerwować na regenerację. Nie dlatego, żeby nie popaść w alkoholizm - powód był inny, prostszy: jego układ trawienny nie byłby w stanie znieść takiego obciążenia. Otrząsnął się jednak szybko przypomniawszy sobie o wczorajszym zwycięstwie nad ciałem i piwem.

- Świetnie, chętnie się z panem napiję - odparł.

Dopiero kiedy się pożegnali, zrozumiał i docenił gest biznesmena, który musiał zapamiętać ze spotkania w Utopii, w jakim gatunku piwa gustuje Mariusz.
20:06, glodneduchy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 września 2008
Odcinek czterdziesty pierwszy, czyli pytanie o odwagę.
Dmuchnął na śnieg pod swoimi stopami. Ukazały się ciemne deski sceny. Skrzyło się na nich jak gwiezdny pył stłuczone szkło z niezliczonych butelek po piwie, opróżnianych w tym miejscu przez mieszkających w okolicznych blokach nastolatków. Dmuchnął ponownie i pozbył się także tej przeszkody. Zamknął oczy i pomyślał o wygodnym, wyściełanym pluszem krześle. Rozchylił powieki, mebel stał już u jego stóp. Usiadł i popatrzył w zasnute ciężkimi chmurami niebo. Patrzył na padający śnieg. Znów z nieodpartą siłą uderzyła go myśl, którą uparcie odsuwał od siebie od chwili, gdy skończył rozmowę z Frymarczykiem: nie wiedział, co robić, co myśleć, jakie przedsięwziąć kroki, żeby cokolwiek się zmieniło. Dryfował. Po prostu szedł przed siebie nie zważając na innych, na nic i tak naprawdę nie wiedział, dlaczego postępuje w ten sposób.

Nabrał w płuca powietrza i dmuchnął w niebo z miną podpatrzoną u amerykańskiego aktora, który w filmie z lat sześćdziesiątych grał w tekturowych dekoracjach Zeusa. Chmury rozstąpiły się koliście nad głową Mariusza i ukazała mu się nieskończoność galaktyk oraz maleńki świecący punkcik przecinający wolne od chmur niebo - jakiś zabłąkany samolot. Mariusz machnął niecierpliwie ręką, gestem, jakim zazwyczaj odpędza się muchę i punkcik światła zaczął ostro pikować w dół, aż zniknął za pierścieniem obłoków.

- Czy się odważę? - przypomniał sobie słowa poety, którego wierszami i poematami próbowała zachwycić go Otylia, jedna z jego byłych kobiet (zostało po niej malowidło przedstawiające depresyjny krajobraz). Nie potrafił sobie jednak przypomnieć nazwiska tego poety, mimo, że z całych sił wytężał pamięć, a w końcu zaprzągł w ten proces nadnaturalnie rozrośniętą wolę. Zamykanie oczu i szeptanie zaklęć nie pomogło, bo choć potrafił zmienić jednym ruchem dłoni tor lotu samolotu, a dmuchnięciem rozpędzić obłoki, nie umiał zmienić siebie, więc na pytanie zadane przez poetę musiał odpowiedzieć „nie".

Chmury znów zwarły szeregi, niebiosa zamknęły się szczelnie nad głową Mariusza.

Nie odważył się na podróż do gwiazd. Mógł sobie wyobrazić prom kosmiczny i siebie za sterami, albo przeistoczyć się w jakiś niecielesny byt, któremu próżnia niestraszna, ale zamiast międzygwiezdnej peregrynacji wybrał powrót do mieszkania przy ulicy Kościuszki. Nie odważył się na ostateczną ucieczkę od siebie. Opuścił amfiteatr przez dziurę w płocie. Tuż za ogrodzeniem czekała taksówka z rozgrzanym silnikiem, chociaż wcale jej nie wzywał, a ruch kołowy był w tym miejscu zakazany. Taksówkarz nie próbował oszukiwać, pojechał drogą najprostszą. Mariusz dał mu szczodry napiwek. Kierowca odwrócił głowę i uśmiechnął się w odpowiedzi. Mariusz dopiero w tej chwili zauważył, że samochodem kieruje jego smagły dręczyciel. Trzasnął drzwiami i pobiegł do windy. Był rozchwiany, rozedrgany, więzadła woli puściły, więc świat oszalał. Musiał nad sobą zapanować.

W mieszkaniu na siódmym piętrze Barbara czekała z parującym, późnym obiadem na stole i po krótkim przywitaniu zamknęła się w innym pokoju. Mariusz nie miał ochoty na rozmowę. Zjadł i położył się na łóżku z papierosem w dłoni, żeby przemyśleć to, czego się dowiedział od Frymarczyka. Pełny żołądek przywrócił mu nieco równowagę. Zasnął, na szczęście magia jego silnej woli odżyła i nawet podczas snu działała niezawodnie. Papieros, który powinien albo poparzyć palce, albo spaść na pościel i wywołać pożar, spokojnie w połowie zgasł. Nad sobą nie panował tak dobrze, jak nad niedopałkiem. Śnił mu się stary koszmar ze śniadym wrogiem paraliżującym go podczas jazdy tramwajem.
22:43, glodneduchy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 sierpnia 2008
Odcinek czterdziesty. Marsz zombie.
Mariusz kilkakrotnie poruszył klamką, zanim zdecydował się ją nacisnąć i wyjść. Wypił mnóstwo piwa, lecz nie czuł działania alkoholu, dokładnie tak, jak tego pragnął, gdy zaczynał spotkanie z Tomaszem Frymarczykiem. Zjechał windą na dół i wyszedł na świeże powietrze. Zmierzchało, więc zorientował się, że spędził z policjantem kilka godzin. Nie potrafił zdecydować, co ma robić, dokąd iść, jak się zachować. Czekał, aż ktoś podsunie mu rozwiązanie. Najchętniej uciekłby jak najdalej, gdzieś, gdzie nikt nie żądałby do niego podejmowania decyzji. Szedł wprawdzie przed siebie, stawiał nogę za nogą, ale nie wiedział, dlaczego to robi, ani dokąd zmierza.

Bezmyślnie kopiąc grudki lodu i bryły zmarzniętego śniegu dotarł do ulicy Kościuszki. Nieliczne samochody poruszały się cicho jak poduszkowce. Tramwaje wydawały normalne, dudniące dźwięki, które jednak docierały do Mariusza zamazane i niepewne, jak gdyby z oddalenia, choć dzieliła go od torów tylko ulica. Płatki śniegu spadały na ziemię tak wolno, jakby ktoś zmuszał je do bardzo starannego wyboru miejsca lądowania. Przechodnie milczeli, wtulając twarze w kołnierze kurtek, chowając je w szaliki i stąpając z nadmierną ostrożnością, jak gdyby zamiast płytek chodnikowych mieli pod stopami kruchą warstwę lodu. Wszystko dookoła zamarło, markowało tylko życie czekając na jakąkolwiek decyzję Mariusza, na świeży przypływ jego woli stanowiącej budulec świata.

On zaś ciągle nie mógł zdecydować. Maszerował niczym zombie w stronę skrzyżowania alei Armii Krajowej z aleją Jana Pawła II. Gdy tam dotarł, nie zważając na czerwone światło chciał przeciąć aleję Jana Pawła II. Rozpędzony miejski autobus próbował zahamować, ale ważąca wiele ton masa żelastwa była już zbyt blisko, tylko cud mógł Mariusza uratować i tylko Mariusz mógł go sprawić. Spojrzał w oczy blado-zielonemu ze strachu kierowcy i wyciągnął dłoń w kierunku maski pojazdu. Autobus natychmiast odbił w prawo, przedarł się przez skwerek i zatrzymał się dopiero na budynku zakładu energetycznego, zrzucając z elewacji na ziemię kilka garści tynku. Na trawnik wysypali się poobijani pasażerowie.

- Niech nie będzie rannych - pomyślał z mocą Mariusz i zamknął na chwilę oczy. Otworzył je i przez otwarte drzwi wytoczyli się jeszcze dwaj mężczyźni i kobieta z kilkuletnią dziewczynką w czerwonym płaszczyku, zasmarkaną od spazmatycznego płaczu. Przyjrzał się dokładnie i nie dostrzegł żadnych ran. Rozległo się wycie policyjnych syren. Mariusz odwrócił się i powlókł się dalej.

Minął z daleka budynek wydziału muzycznego Akademii imienia Jana Długosza. Z otwartego mimo mrozu i śniegu okna na pierwszym piętrze rozbrzmiewały szalone, niemal atonalne pasaże wygrywane na fortepianie. Wyobraził sobie, że przy klawiaturze siedzi eteryczna blondynka w ciemnej, prawie czarnej sukni, kontrastującej z bladą bielą niewiarygodnie długich palców.

Minął budynek wydziału fizyki Akademii, przed którym stały studentki i przytupując paliły papierosy. Minął szybko ponurą z początku infrastrukturę Politechniki Częstochowskiej i dotarł do nieco żywiej ubarwionego budynku wydziału zarządzania i marketingu. Przebiegł szybko przez ulicę Dekabrystów, wcześniej czekając karnie na zielone światło. Brnął przez śnieg, który zasypał chodniki ciągnące się wzdłuż alei Armii Krajowej. Wreszcie doczłapał do Promenady, jedynego w mieście deptaka z prawdziwego zdarzenia, który powstał dla uczczenia trzydziestej rocznicy powstania Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Przemierzył ją wolnym krokiem, jakby wokół nie szalała zadymka, był środek letniej kanikuły, a on był statecznym rodzicem, który puściwszy przodem rozbrykane maluchy (kupił im wcześniej lody i zabrał na plac zabaw), kroczył z wolna w kierunku swojego domostwa z wielkiej płyty, gdzie żona - nieco już przygrubawa, ale rekompensująca nadwagę niezmąconą pogodą ducha - tłukła metodycznie i z wprawą kotlety na niedzielny obiad. Ale powód spowolnionego marszu był inny - siły potrzebne do żwawszego kroku odbierało mu coraz większe zmęczenie.

Dotarł do końca Promenady i przez dziurę w płocie dostał się do zrujnowanego amfiteatru. Stanął u szczytu trybun, patrzył na betonowe kikuty ławek, z których wandale przez lata wyrywali drewniane siedziska. Patrzył na połamane deski sceny, tam, gdzie było je widać spod śnieżnych zasp, na potrójne kulisy, a raczej trzy ściany z cegieł, upstrzone prymitywnym graffiti. Kolejne władze Częstochowy nie radziły sobie z reanimowaniem amfiteatru. Radni nigdy nie zarezerwowali pieniędzy na remont w miejskim budżecie, ani nie chciał tego miejsca zagospodarować żaden prywatny inwestor, choć urzędnicy wielokrotnie kusili bardzo korzystnymi warunkami dzierżawy. Krocząc ostrożnie wśród ostrych, zjeżonych szczątków ławek, dotarł do sceny. Wybrał najbezpieczniejsze miejsce, tam, gdzie ryzyko załamania przegniłych desek było najmniejsze i wdrapał się na podest. Rozejrzał się wokół siebie niepewnie, ale ponieważ nie chciał ludzkiego towarzystwa, przyglądało mu się tylko kilka gawronów, rozrzuconych nieregularnie po trybunach.
23:36, glodneduchy
Link Komentarze (1) »
środa, 27 sierpnia 2008
Odcinek trzydziesty dziewiąty, czyli moc pragnień.
- To bardzo skomplikowane. Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo - Frymarczyk natychmiast wrócił do ton pełnego wyższości i rozdrażnienia. - Ale nie zrozumiałbyś. Trzymaj się tego, co potrafisz pojąć. Musi ci to wystarczyć, to pozwoli ci uczynić pierwszy krok, żeby wrócić na - jak to nazywasz - wyższy poziom. Jeżeli porównanie do gry komputerowej sprawi, że choć trochę - pal sześć intencje - że choć trochę zapomnisz o sobie, trzymaj się go i powtarzaj w pamięci. Nic więcej nie powiem, bo i tak byś nie pojął. Wbij sobie do głowy tę prostą myśl, że twoje pragnienia nie są najważniejsze, że musisz zapomnieć o swoich żądzach zamiast im folgować.

- Ale kara, która mnie spotkała, nie wydaje mi się jakoś szczególnie straszna - Mariusz wzruszył ramionami z lekceważeniem, nie zwracając większej uwagi na wywód policjanta.

Frymarczyk spoważniał, odstawił butelkę i pochylił się w stronę Mariusza.

- Jeszcze nie - powiedział zniżając głos. - Jeszcze, bo jesteś na początku drogi, ale im bardziej ulegasz swoim pragnieniom - a ulegasz coraz chętniej, bo życie po śmierci daje ci możliwość właściwie nieograniczonej ich realizacji - tym szczelniej zamykasz za sobą więzienną bramę. Możesz ją uchylić otwierając się na kogoś innego, rezygnując choćby na krótką chwilę z zaspokajania swoich zachcianek, zapominając o sobie, przekraczając granicę getta wytyczonego przez twoje pożądanie. To może być początek, hmmm..., resocjalizacji.

Policjant wyciągnął papierosa i uśmiechnął się szeroko. Znów uległ atakowi próżności wywołanemu własną elokwencją. Napili się piwa.

- To aż tak proste? -  dalej dziwił się Mariusz. - Więc wytłumacz mi jeszcze, kim ty jesteś, żebym nie miał już żadnych wątpliwości.

- Kiedyś ci już tłumaczyłem, kimś w rodzaju policjanta.

- Czyli?

- Pilnuję porządku, stawiając przede wszystkim na prewencję - wyrecytował Frymarczyk. - Staram ci się wszystko tłumaczyć i wyjaśnić, żebyś nie narobił sobie większego bałaganu, niż to konieczne.

- Byłem na posterunku przy „trójkącie" i nikt cię tam nie zna - drążył Mariusz.

Frymarczyk uniósł do góry oczy w irytacji i prychnął wściekle.

- Przecież nie możesz być aż takim idiotą - zawarczał. - Po prostu nie możesz, to niemożliwe, nie zgadzam się na to, protestuję. Czy musisz brać wszystko dosłownie? Już kiedyś rozmawialiśmy na ten temat.

- Jesteś człowiekiem, jak ja? - Mariusz patrzył policjantowi prosto w oczy, jakby nie słysząc wyzwisk.

Starszy posterunkowy Frymarczyk wstał i wielkim haustem dopił piwo.

- A ten mocno opalony facet, który mnie pobił? - drążył Mariusz. - Kim on jest?

- On nie jest policjantem - powiedział Frymarczyk. - Jest wcielonym niebezpieczeństwem. Dla ciebie, rzecz jasna. Stara się przeszkadzać i wpędzić cię w jeszcze większe tarapaty. Chce w tobie wyzwolić te emocje i pragnienia, które działają na twoją niekorzyść, a jeśli się ziszczą, mogą sprowadzić na ciebie katastrofę. Zauważyłeś zapewne, że ma twarz postaci z twojego koszmaru? Uważaj na niego.

- Kim jesteście? - nie ustępował Mariusz.

- Powiedzmy, że tymi elementami twojego świata, które przeniknęły do niego z zewnątrz w ściśle określonym celu - odpowiedział policjant. - A teraz już idź - dodał i stanowczym ruchem wskazał mu drzwi.

Mariusz posłusznie ruszył w stronę drzwi, lecz wiedział, że to nie koniec rozmowy. Pamiętał o efekciarskiej praktyce policjanta, który niczym porucznik Columbo wygłaszał ostatnią kwestię spod drzwi. Tym razem nie mógł przypieczętować rozmowy w zwykły sposób, bo do wyjścia nakłonił Mariusza, musiał go więc w ostatniej chwili jeszcze raz przywołać.

- Zaczekaj - usłyszał Mariusz kładąc dłoń na klamce.

Odwrócił się błyskawicznie i wydawało się, że w powietrzu wisi jeszcze ostatnia sylaba wypowiedziana przez Frymarczyka, gdy on już mówił:

- Wiedziałem, że mnie zatrzymasz - i uśmiechnął się szeroko.

Policjant zmieszał się lekko, najwyraźniej zaplanował, że od razu wygłosi kolejną efektowną puentę, ale szybko się opanował.

- Proszę, proszę, czegoś się jednak potrafisz nauczyć - powiedział zgryźliwym tonem. - Chciałem tylko dodać, że kiedy mówiłem o mocy twoich pragnień, nie byłem do końca ścisły. Już ci to kiedyś wyjaśniałem, ale powtórzę jeszcze raz. Ziszczą się także twoje lęki, strachy, fobie. Rzeczywiste stanie się także to, co w tobie buzuje, ale poza granicami świadomości.  Myślę, że raczej nie zmienisz tego, co cię otacza, w monarchię absolutną albo nie zechcesz nagle zostać Zeusem, bo na to jesteś zbyt zachowawczy i tchórzliwy. Nie lubisz też rozgłosu i skupionego na tobie zainteresowania innych. Mimo to radzę ci szczerze, żebyś na siebie uważał. I potraktuj to ostrzeżenie jak najbardziej dosłownie. Jesteś ciągle na początku drogi, do tej pory nie zaznałeś wszystkich aspektów życia po śmierci. Nie znasz pełni możliwości, jakie oferuje ta rzeczywistość. Najważniejsze wyzwanie wciąż przed tobą.

Frymarczyk skończył i odwrócił się do okna. Uniósł do góry zaciśniętą pięść, jakby chciał Mariusza zarazem pozdrowić, zmobilizować i dodać mu sił, ale i pogrozić mu, napomnieć z mocą.
22:53, glodneduchy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 sierpnia 2008
Odcinek trzydziesty ósmy - czy to aż tak proste?
Starszy posterunkowy Frymarczyk skończył opowieść efektowną klamrą i postanowił przyznać sobie nagrodę - wyciągnął z lodówki kolejnego „Żubra", odbił kapsel przy pomocy zapalniczki, którą zabrał Mariuszowi, pociągnął solidny łyk i beknął dość głośno. Zlitował się nad patrzącym na niego bezradnie Mariuszem i podał mu drugie piwo. Pili w milczeniu, aż opróżnili butelki.

- Czekam - powiedział w końcu Tomasz Frymarczyk.

- Na co? - zapytał natychmiast Mariusz.

- Zrozumiałeś? Wiesz już, dlaczego przypomniałem ci te dwie historie? Dlaczego teraz jeszcze raz powinieneś odtworzyć historię związku z Martyną, bo ona ma podobne znaczenie?

Mariusz podniósł do ust butelkę, choć wiedział, że nie ma w niej ani kropli piwa. Przez groteskowo długą chwilę wysysał z niej powietrze. W końcu postawił pustego „Żubra" u swoich stóp i milcząco się w niego wpatrywał. Policjant uważnie go obserwował.

- Męczysz mnie - zakomunikował w końcu.

Mariusz nie potrafił odpowiedzieć.

- No dobrze - westchnął Frymarczyk. - Już tłumaczę, najprościej, jak tylko można. Jeśli masz do wyboru siebie, albo cokolwiek, wybierasz siebie. Nie, nie tak. Nawet się nie zastanawiasz, nie dokonujesz wyboru - zawsze jesteś tylko ty, a priori. Poza tobą i twoimi pragnieniami nie istnieje nic.

Mariusz kopnął butelkę, która zatrzymała się przy stopie policjanta.

- Zaraz - powiedział, a potem jego głos zaczął się wznosić aż do krzyku. - Zaraz, moment, chwila. O co chodzi? Przecież nikogo nie zabiłem. Nikomu nie wbiłem noża w plecy, nie zgwałciłem, nie doprowadziłem do bankructwa. Nie popełniłem żadnej zbrodni, nikogo nigdy naprawdę boleśnie nie skrzywdziłem. Dlaczego ma mnie spotkać jakaś kara? Bo chyba o to chodzi?

Frymarczyk podniósł pustego „Żubra", wstał i wrzucił do kosza na śmieci. Otworzył lodówkę i wyciągnął kolejne dwie butelki. Otworzył je przy pomocy zapalniczki Mariusza, posłużył się nią też odpalając papierosa i podając ogień swojemu rozmówcy.

- Nie o to chodzi - odpowiedział wreszcie Mariuszowi, ale najpierw usadowił się wygodnie. - Kara już została na ciebie nałożona. Właściwie popełniłem błąd. Powinien ci dziś po prostu wszystko wyjaśnić. Mogę spróbować jeszcze raz?

Mariusz skinął głową. Policjant uśmiechnął się krzywo.

- Jakoś nie miałem wątpliwości, że się zgodzisz - upił łyk piwa i mówił dalej. - Zatem jeszcze raz: istniejesz tylko ty i twoje pragnienia. Dlatego nie pomogłeś Pawłowi, nie podałeś ręki Martynie, uciekłeś ojcu.

- To nie było sympatyczne - przyznał Mariusz. - To popełnione w pełni świadomie świństwa, ale przecież nie przestępstwa! Nie przesadzajmy.

- Nie przesadzamy. Przecież wyjaśniałem, że to tylko przykłady. Dobrane tak, żeby wyjaskrawić przesłanie i morał - to prawda. Ale przez całe życie przed śmiercią trzymałeś się jednej reguły - liczą się tylko twoje pragnienia, nic więcej. Postępowałeś tak w sprawach drobnych i kwestiach ważnych. Nawet na mgnienie nie otworzyłeś się, nie pozwoliłeś, by do mrocznego pokoju, który zamieszkujesz od chwili narodzin, wdarła się choć odrobina światła czyjejś obecności - ciągnął kwieciście i nieco grafomańsko policjant. - Wszystko, co robiłeś, robiłeś dla siebie, pierwszą przyczyną byłeś zawsze ty, ty i jeszcze raz ty.

- Ale wszyscy tak postępują - bronił się Mariusz. - Nie znam nikogo, kto żyłby inaczej.

- To żadne usprawiedliwienie - pozbawił go złudzeń Frymarczyk. - Nie ponosisz konsekwencji za to, co robią inni, odpowiadasz tylko za swoje czyny.

Mariusz patrzył przez okno na  wieżę Jasnej Góry.

- Skąd mogłem to wszystko wiedzieć? - zapytał smutnym głosem.

Policjant podążył za jego spojrzeniem.

- Pierwszy raz masz trochę racji - przyznał i skinął w kierunku widocznego za oknem strzelistego sanktuarium. - Kiedyś było łatwiej. Wystarczyło słuchać wskazówek, które krążyły między ludźmi równie naturalnie, jak powietrze. Teraz jest trudniej, bo reguły nie są dane w oczywisty sposób. Ludzie nie przywiązują już do tego wagi.

Mariusz olśniło.

- To dlatego nie mogę się dostać na Jasną Górę! Bo nie przestrzegam reguł, nie postępuję zgodnie ze wskazówkami?

Frymarczyk zaczął klaskać z ironicznym zapałem.

- Brawo, brawo, jaka erupcja geniuszu. Trzeba to uczcić - po czym wstał i przyniósł z lodówki kolejne „Żubry".

- Czyli, o ile dobrze zrozumiałem - kontynuował Mariusz zachęcony sukcesem, ignorując ironię policjanta. - Zasady są proste: kierując się tylko i wyłącznie swoimi pragnieniami dostaję w zamian ich spełnienie i to jest pośmiertna kara, tak?

Policjant uśmiechając się skinął głową.

- Ale to aż tak proste? Jak gra komputerowa? Jeśli postępuję według określonych reguł, mogę wskoczyć na wyższy poziom. Jeżeli ich nie przestrzegam - muszę się cofnąć. I to wszystko?
23:15, glodneduchy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4